Między dwoma wrogami

Paweł Wieczorkiewicz

 

Marszałek Edward Rydz-Śmigły oparł plan obrony na założeniu, iż zgodnie z uprzednimi ustaleniami sztabowymi armia francuska, wspomagana przez Brytyjczyków, przystąpi do ofensywy na froncie zachodnim po siedemnastu dniach od rozpoczęcia mobilizacji. Do tego czasu zadaniem Polaków było „nie dać się rozbić”.

Wyjściowe ugrupowanie polskich wojsk budzi po dziś dzień namiętne spory. Polemiści zarzucają marszałkowi, że sprzeniewierzył się kardynalnym prawom sztuki wojennej. Planu „Z” bronił jednak między innymi wielki autorytet wojskowy, były dyrektor nauk Wyższej Szkoły Wojennej, gen. Louis Faury: „Radzę spróbować rozwiązać problem natury strategicznej, wynikły z dysproporcji sił oraz środków, a zarazem położenia kraju szeroko otwartego, gdzie rozległość granic i ich zarys ułatwiały oskrzydlenie”. O koncepcji obrony zadecydowały w związku z tym kalkulacje zarówno polityczne, jak i gospodarcze. Albowiem istniało realne niebezpieczeństwo, że w razie uprzedniego wycofania większości wojsk polskich na linię Wisły Niemcy zadowolą się okupacją opuszczonych w ten sposób terytoriów (Pomorze, Poznańskie, Śląsk), aby następnie odwołać się do mediacji mocarstw. Obawiano się, że Francja będzie zbyt słaba duchem, by zdobyć się samodzielnie na decyzję uczciwego dotrzymania sojuszu wobec Polski, i w efekcie jej przywódcy zaczną szukać pretekstu do odwleczenia momentu wypowiedzenia wojny Rzeszy, a nawet nowego porozumienia w duchu Monachium.

 

WOJNA POLSKA

 

Walka wszystkimi siłami, od pierwszych minut, stała się strategiczną i polityczną koniecznością, gdyż jedynie tak można było wymusić dotrzymanie gwarancji złożonych przez Francuzów i Brytyjczyków. Na Kresach Zachodnich znajdowało się nadto, pomimo budowy COP-u, właściwe centrum przemysłowe kraju oraz główne ośrodki mobilizacyjne polskiego rekruta. A zatem ziem tych należało bronić zaciekle i spektakularnie. Inna kwestia, że zadanie to mogło być powierzone oddziałom Obrony Narodowej i ruchliwym jednostkom kawalerii, mogącym sprawniej wycofać się w głąb kraju, gdzie na lepiej przygotowanych i dogodniejszych pozycjach zostałyby rozwinięte dywizje piechoty, mające więcej czasu na należyte obsadzenie.

W efekcie sześć polskich armii i jedna samodzielna grupa operacyjna zostały uszykowane kordonowo nad granicą północną, zachodnią i południową; w rezerwie pozostała odwodowa Armia „Prusy” rozmieszczona na newralgicznym kierunku – styku między armiami „Łódź” i „Kraków” – mająca osłaniać szosę piotrkowską wiodącą wprost do Warszawy. Opóźnienie mobilizacji – na skutek nacisków sojuszników obawiających się, że sprowokuje to uderzenie Hitlera – spowodowało, że 1 września wystawiono tylko dwadzieścia sześć dywizji piechoty i piętnaście brygad (głównie kawalerii), liczących niewiele ponad milion żołnierzy. Siły te wspierało blisko trzy tysiące dział, 475 czołgów i niemal 400 samolotów. Armia dysponowała jednak niemal stuprocentowymi rezerwami mobilizacyjnymi. Wybrzeża strzegła marynarka wojenna, której trzy najwartościowsze kontrtorpedowce odesłano wszakże w ostatnich dniach pokoju do Wielkiej Brytanii, chcąc uchronić je przed pewną zgubą. Stały się w ten sposób forpocztą organizowanych wkrótce sił zbrojnych na zachodzie, dzięki czemu Polska, jako jedyny kraj, zyskała patent permanentnej walki z Niemcami od 1 września 1939 do 9 maja 1945 roku.

Niemcy mieli dwukrotną przewagę w piechocie oraz blisko pięciokrotną w broni pancernej i lotnictwie. Dysproporcja była wielka, ale nie wykluczała podjęcia skutecznej obrony. Utrudniały ją warunki meteorologiczne: sucha i piękna jesień niezmiernie ułatwiała działania czołgów i lotnictwa. One to właśnie, zgodnie z Blitzkriegiem – wojenną doktryną Wehrmachtu – miały rozstrzygnąć o przebiegu kampanii, rozcinając pancernymi klinami front polski i uniemożliwiając odtworzenie obrony. W ten sposób wojna przeistoczyła się w swoisty wyścig między motorami niemieckich tanków a nogami polskich piechurów, których marsz utrudniała dodatkowo Luftwaffe. Jej terrorystyczne naloty nie tylko dezorganizowały komunikację, ale też siały panikę wśród ludności cywilnej uciekającej w popłochu i blokującej wojsku drogi.

Wedle powszechnie przyjętej wersji wojna rozpoczęła się 1 września o 4:48, gdy zakotwiczony w Gdańsku niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein” rozpoczął bombardowanie polskiej Wojskowej Składnicy Transportowej na Westerplatte, terytorium Wolnego Miasta Gdańska (jej samotną obroną, którą udało się przedłużyć aż do 7 września, dowodził mjr Henryk Sucharski, a następnie kpt. Franciszek Dąbrowski). W rzeczywistości kilkadziesiąt minut wcześniej nastąpiły niezarejestrowane jednak „na gorąco” terrorystyczne naloty Luftwaffe na Wieluń i przedmoście w Tczewie.

W pierwszych dniach wojny Polakom udało się odnieść kilka taktycznych sukcesów: pod Mokrą Wołyńska Brygada Kawalerii powstrzymała na dwadzieścia cztery godziny natarcie 4. Dywizji Pancernej, zaś pod Mławą na dobrze przygotowanej pozycji oddziały 20. Dywizji Piechoty zamknęły drogę 3. Armii, jednak powstrzymać nieprzyjaciela wzdłuż całej linii frontu się nie dało. Po porażce w bitwie granicznej (1–6 września) marszałek Śmigły-Rydz, który wskutek rwącej się już łączności zaczął tracić kontrolę nad przebiegiem działań, nakazał powstrzymać nieprzyjaciela na linii „wielkich rzek” – Sanu, Wisły i Bugu. Gdy okazało się to niemożliwe, między innymi z powodu klęski Armii „Prusy”, wydał rozkaz zwijania frontu ku południowemu wschodowi i skupienia sił na tak zwanym przedmościu rumuńskim, gdzie po rozpoczęciu ofensywy przez sojuszników i nadejściu sprzętu z zachodu miał nadzieję zreorganizować ocalone wojska. Aby zrealizować ten plan, należało uprzednio skutecznie związać przynajmniej część sił niemieckich. Zadanie to wziął na siebie gen. Tadeusz Kutrzeba, który 9 września, początkowo z wielkim powodzeniem, rozpoczął zwrot zaczepny nad Bzurą. Bitwa, największa w całej kampanii, zakończyła się 22 września nieuchronną klęską wojsk polskich, których niedobitki zdołały dotrzeć do broniącej się już od dwóch tygodni Warszawy.

Poświęcenie Armii „Poznań” i Armii „Pomorze” wpłynęło wszakże na poprawę położenia na południu frontu: impet niemiecki, zwłaszcza wojsk szybkich – w związku z poniesionym stratami, zużyciem sprzętu, narastającymi trudnościami zaopatrzeniowymi, zwłaszcza w materiały pędne, oraz coraz trudniejszymi warunkami geograficznymi – zaczął wyraźnie słabnąć. Dobre rezultaty dała energiczna praca na tyłach, gdzie udało się odtworzyć szereg rozbitych pododdziałów oraz skompletować kilka nowych, improwizowanych wielkich jednostek. Liczebność walczących armii sięgała pięćdziesięciu procent stanów wyjściowych, a zatem, choć mocno wykrwawione, wciąż były one zdolne do boju. W szeregach pozostał żołnierz już doświadczony i pragnący dalej walczyć. Ponieważ zakładano, że wobec wyczekiwanej ofensywy aliantów Niemcy zostaną zmuszeni do przerzucenia części sił na front zachodni, w sztabie polskim zapanował ostrożny optymizm. „Ogólna ocena sytuacji – pisał płk Stanisław Kopański – zdawała się wskazywać na możliwość zorganizowania oporu na «przyczółku rumuńskim» i dalszego prowadzenia walki. [...] Niektórzy z kolegów [...] uważali nawet, że moment przełomowy kampanii mamy poza sobą”.

 

NÓŻ W PLECY

 

Tymczasem ofensywa sojuszników nigdy nie wyruszyła. Gdy alianci poznali istotę tajnego protokołu zawartego przez Ribbentropa i Mołotowa, postanowili wyczekiwać biernie wydarzeń, tym bardziej że francuski wódz gen. Maurice Gamelin twierdził, że ma nazbyt szczupłe siły (w rzeczywistości Niemcy, aby je powstrzymać, musieliby ściągnąć wydatne posiłki z terenu Polski). Przyszły marszałek Francji i jej najwybitniejszy dowódca tej doby, Alphonse Juin, był tym oburzony: „pozwoliliśmy zdruzgotać Polskę związaną z nami paktem sojuszniczym. [...] Cóż za hańba. [...] Z punktu widzenia strategii popełniliśmy błąd poważny i ciężki. Nie było ryzyka. [...] Niemcy nie mieli prawie żadnych sił przeciwko nam”.

Agresja sowiecka nastąpiła 17 września. W. Mołotow w pełnej kłamliwych i wykrętnych argumentów nocie wręczonej ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu powoływał się na wewnętrzne bankructwo państwa polskiego, twierdząc, że rząd polski przestał faktycznie istnieć, co rzekomo usprawiedliwiało rozkaz, aby jednostki Armii Czerwonej przekroczyły granicę i wzięły pod swoją opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi. Napaść ze strony ZSRS przekreślała wszelkie szanse dalszej skoordynowanej obrony. W tej sytuacji naczelne władze państwowe przekroczyły granicę sojuszniczej Rumunii, spodziewając się, że na podstawie uznanego w stosunkach międzynarodowych „prawa przejścia” (droit de passage) zyskają możliwość przedostania się do Francji. Była to decyzja ze wszech miar racjonalna. Beck podkreślał, że za wszelką cenę należy utrzymać w ramach koalicji miejsce partnera, a nie obiektu. W ślad za prezydentem, rządem i Naczelnym Wodzem do Rumunii, a także na Węgry i na Litwę zaczęły spływać jednostki wojskowe i luźne grupy żołnierzy, torując sobie drogę między nacierającymi oddziałami Wehrmachtu i Armii Czerwonej. Łącznie w ten sposób uratowało się około 85 tysięcy ludzi.

W końcowym etapie kampanii przetrwało jeszcze kilka izolowanych ognisk polskiego oporu: Warszawa (w czym wielką zasługę miał rzeczywisty organizator jej obrony, gen. Walerian Czuma), Modlin (gen. Wiktor Thommée), Lwów (gen. Władysław Langner) i Hel (kontradm. Józef Unrug). Ostatnie walki w polu miały miejsce pod Tomaszowem Lubelskim od 19 do 26 września, gdzie pokaźne jeszcze polskie siły próbowały przedrzeć się na południe poprzez zaciskający się pierścień niemiecki, a potem też sowiecki. Pod koniec września i na początku października polskie reduty kapitulowały wobec wyczerpania możliwości oporu, z tym że garnizon Lwowa, przetrzymawszy kilka szturmów niemieckich, ostatecznie złożył broń przed nadciągającymi ze wschodu jednostkami Armii Czerwonej. Najdłużej, bo do 5 października, bił się gen. Franciszek Kleeberg stojący na czele zaimprowizowanej z wojsk rezerwowych Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”. Zdołał oderwać się od ścigających oddziałów sowieckich i z dużym powodzeniem uderzył na Niemców pod Kockiem. Do poddania się zmusił go dopiero brak amunicji.

Wojsko Polskie w kampanii 1939 roku poniosło bardzo ciężkie straty. Zginęło i zostało rannych około 220 tysięcy oficerów, podoficerów i szeregowych (z tego 20 tysięcy w walkach z Armią Czerwoną), do niewoli dostało się ponad 900 tysięcy (z tego połowa do niewoli sowieckiej). Silnie ucierpiała także ludność cywilna, co było skutkiem totalnego charakteru działań, a zwłaszcza bombardowań lotniczych. Najeźdźcy dokonywali nadto licznych zbrodni, mając na celu złamanie ducha oporu polskiego społeczeństwa. Niemcy, formalnie przynajmniej stosując się do międzynarodowych konwencji, oszczędzali na ogół jeńców wojennych, kierując ostrze terroru przeciwko cywilom, przede wszystkim na Kresach Zachodnich. Propagandowym usprawiedliwieniem masowych egzekucji były krzywdy, jakich podczas kampanii doznali nie zawsze lojalni wobec Rzeczypospolitej obywatele polscy pochodzenia niemieckiego (w grę wchodziło blisko dwa tysięce rozstrzelanych i zabitych). Do najtragiczniejszych wypadków doszło w Bydgoszczy, gdzie w odwet za stłumienie przez regularne jednostki Wojska Polskiego ruchawki wywołanej przez tak zwaną piątą kolumnę (czyli dywersantów) wymordowano kilka tysięcy Polaków, oraz na Górnym Śląsku, gdzie represjom poddano wspomagającą opór ludność cywilną. Łącznie w trakcie działań wojennych i bezpośrednio po ich zakończeniu zginęło z rąk niemieckich formacji policyjnych, paramilitarnych i ochotniczych około 50 tysięcy osób, w tym wielu Żydów.

Armia Czerwona, w przeciwieństwie do jednostek Wehrmachtu, nie przestrzegała żadnych reguł postępowania. A zatem ofiarami jej terroru padali zarówno wzięci do niewoli z bronią w ręku oficerowie, podoficerowie i szeregowi (zazwyczaj tam, gdzie walki były najbardziej zacięte), jak i szczególnie zohydzeni w sowieckiej propagandzie przedstawiciele tak zwanych klas posiadających, w czym miała udział – zwłaszcza na południowym wschodzie – miejscowa ludność niepolska, przede wszystkim Ukraińcy, a także komunistyczni aktywiści często pochodzenia żydowskiego.

Klęska armii i upadek państwa były szokiem dla nieprzygotowanego, a nawet świadomie karmionego iluzjami społeczeństwa. Powszechnie domagano się zatem surowego rozliczenia władz państwa i obozu sanacyjnego. Z czasem, gdy emocje nieco opadły, zrozumiano, iż wojsko biło się co najmniej dobrze. Symbolem postawy polskiego żołnierza stała się heroiczna walka niewielkiego wydzielonego oddziału kpt. Władysława Raginisa, w sile dwu kompanii, który opierając się na polowych umocnieniach Wizny przez cztery dni powstrzymywał cały XIX Korpus Zmechanizowany gen. Heinza Guderiana. Twardy opór, na jaki napotkali w całej kampanii, przysporzył Niemcom niebagatelnych strat: 45 tysięcy zabitych i rannych oraz – co jeszcze dotkliwsze – znaczne ilości zniszczonego, uszkodzonego lub zużytego sprzętu. Uniemożliwiło to podjęcie planowanej przez Hitlera natychmiastowej ofensywy na Zachodzie. Polska wygrała dla swych sojuszników nie sześć tygodni, które zwiększały ich szanse zwycięskiego rozstrzygnięcia zbliżającej się kampanii, ale ponad pół roku, dające możliwość wyrównania wszelkich dysproporcji sił. To, iż czas ten nie został należycie wykorzystany, obciąża sumienia francuskich i brytyjskich polityków oraz wojskowych. Ofiara Polski nie stała się na szczęście całkowicie daremna, Brytyjczycy bowiem wytrwali w wojnie, stwarzając szansę odwrócenia jej biegu.

O wyniku kampanii ostatecznie zadecydowała sowiecka agresja. Można domniemywać, w jakim stopniu wejście do wojny ZSRS przesądziło o biernej postawie aliantów. W sferze hipotez traktować też należy pogląd co do możliwości dłuższego opierania się naporowi na przyczółku rumuńskim. Utrzymanie go do wiosny, choćby w walce z jednym tylko wrogiem, wydaje się o tyle wątpliwe, nawet zakładając napływ sprzętu z Zachodu, że Niemcy dołożyliby z pewnością wszelkich starań, by zdławić obronę za wszelką cenę. Przedłużenie kampanii, nawet o kilka tygodni, niosłoby ze sobą podwójny skutek: jeszcze większe straty i zniszczenia, i to na obszarze, który praktycznie skutków wojny nie zaznał, ale też o wiele bardziej uporządkowany charakter odwrotu do Rumunii i na Węgry.

Desperacki opór na Wschodzie, zwłaszcza że w walkach brali udział liczni ochotnicy cywilni, zadał kłam sowieckim tezom propagandowym o „wyzwolicielskim marszu Armii Czerwonej” i świadczył o niezbywalnych polskich prawach do Kresów. Zorganizowana ich obrona – do której, za cenę krwawszej ofiary żołnierskiej, nie doszło na skutek nieprzemyślanego rozkazu Śmigłego-Rydza – osłoniłaby ich ewakuację i oznaczałaby ocalenie przed późniejszym tragicznym losem dziesiątków, a może i setek tysięcy obywateli Rzeczypospolitej. O tym, iż miała szanse, świadczy realny przebieg działań, który obnażył wszystkie braki Armii Czerwonej.

Hitler, oceniając wnioski płynące z kampanii, stwierdził, iż gdyby Polska miała broń przeciwpancerną, zwycięski pochód nie byłby możliwy. Istotnie, kliny czołgowe, a także lotnictwo odegrały w niej rolę decydującą. O druzgocącej przewadze materiałowej Wehrmachtu, tak bardzo niedocenianej przez polskie Naczelne Dowództwo, stanowiła nie tyle jakość posiadanego sprzętu (większość niemieckich czołgów składała się z lekkich pojazdów i ustępowała najnowszym modelom polskim), ile jego liczebność i doktryna zmasowanego użycia. Warto podkreślić także inny, często pomijany czynnik. Głównym środkiem walki po stronie polskiej musiała być w warunkach obrony przeciwpancernej artyleria, używana zresztą zwykle do bezpośredniego zwalczania czołgów, która pomimo wielkich strat ponoszonych zazwyczaj w trakcie odwrotów sprawiała się w ogólnej ocenie dobrze. Lotnictwo – wedle opinii swego dowódcy – także spełniło zaszczytnie swą skromną rolę; niewielka flota wojenna wykonywała swe obowiązki bez zarzutu. W szczególnych warunkach kampanii chlubną kartę zapisała polska kawaleria, która nie okazała się bynajmniej anachronizmem – i to nie tyle dzięki osławionym szarżom na czołgi, których nie było, ile raczej dzięki swym niedocenianym walorom zaporowym. Mobilna i nieźle wyposażona w działka przeciwpancerne okazała się najbardziej skutecznym środkiem hamowania postępów niemieckich klinów pancernych. Dzięki możliwości konnego marszu jej jednostki potrafiły w późniejszych etapach kampanii skuteczniej i dłużej wymykać się przeciwnikowi niż o wiele bardziej fizycznie znużona odwrotowymi marszami piechota. To na niej jednak spoczywał główny wysiłek wojenny. Generał Faury, w swej sporządzonej po zakończeniu kampanii analizie, podkreślał, że gdy piechota niemiecka nacierała bez wsparcia czołgów i lotnictwa, piechota polska dowiodła przewagi swego wyszkolenia i morale, zadając przeciwnikowi ciężkie straty. Niestety, wypadki takie należały do rzadkości.

Wojsko wspomagali często, choćby podczas obrony Warszawy czy Lwowa, bezimienni cywile. Społeczeństwo, ponoszące niewyobrażalne dotąd skutki wojny totalnej, zdało najtrudniejszy egzamin najchlubniej. „Cały naród stanął do walki, niezależnie od tego, gdzie kto był i jaką rolę miał do spełnienia, jakie tytuły posiadał i jakie obowiązki na nim ciążyły – pisał gen. Antoni Szylling. – Tysiące ludzi ginęło, podejmując walkę bez nadziei, bez przymusu i kontroli, często wbrew logice rozwijających się wypadków”. Tym bardziej wrażenie, jakie wywołał przebieg i finał kampanii, było porażające. Poczucie klęski i skrajny pesymizm co do przyszłości pogłębiała zarówno dobrze zapamiętana optymistyczno-patriotyczna propaganda, uprawiana nawet w warunkach bezpośredniego wojennego zagrożenia, jak i potem przemyślna działalność obydwu okupantów, którzy w kontrolowanej prasie i specjalnych, okolicznościowych publikacjach polskojęzycznych jątrzyli świeże rany, licząc, że piętnowanie prawdziwych, a przede wszystkim rzekomych błędów i przewin II Rzeczypospolitej złamie wśród Polaków ducha oporu. Rangę ponurego epitafium zyskały wyrwane z kontekstu słowa marszałka Śmigłego-Rydza, który w obliczu zbliżającej się wojny oświadczył, że „nie oddamy guzika”. Ponieważ w ślad za prezydentem, premierem i marszałkiem do Rumunii i na Węgry podążyły tysiące wojskowych rozbitków i cywilnych uciekinierów, w rozgoryczonym, wydanym we własnym przeświadczeniu na łup Niemców i Sowietów społeczeństwie narodził się, jako symbol rzekomej ucieczki politycznych elit, mit „szosy zaleszczyckiej”, którą do zbawczej granicy podążały rzekomo tysiące rządowych limuzyn, hołubiony latami przez komunistyczną propagandę celem podbudowania tezy Mołotowa o rzekomym „rozpadzie” polskiej państwowości i kwestionowania ciągłości legalnych władz polskich.

Potępianie w czambuł prezydenta, premiera i ministrów, Naczelnego Wodza i generalicji miało swój wymiar polityczny. Przekreślenie dorobku II Rzeczypospolitej dawało bowiem przedstawicielom opozycji tytuł do ubiegania się o rząd dusz w kraju i realną władzę na emigracji. Z podobnych powodów jednostronny i wypaczony obraz „kampanii wrześniowej” (ten niefortunny termin świadomie upowszechniano, aby odciąć się od końcowego etapu kampanii, gdy walczono z Niemcami i Sowietami) przedstawiano przez lata w PRL. Sprawiedliwy obrachunek wymaga tymczasem, biorąc pod uwagę jedynie stronę wojskową, porównania wydarzeń z roku 1939 z przebiegiem kampanii z lat 1940 i 1941, gdy Wehrmacht, niewątpliwie najlepsze wówczas wojsko świata, rozgromił o wiele potężniejsze armie – francuską i sowiecką. Po raz pierwszy napisał o tym Leszek Moczulski w znakomitej syntezie Wojna polska: „Polacy nie mieli rezerwy na błędy i pomyłki. [...] Dlatego też każdy niedostatek polskiego działania był natychmiast brutalnie odsłonięty. Te wszystkie słabości nie zmieniają generalnej oceny: wojsko polskie zdało wyjątkowo trudny egzamin kampanii dobrze, a może bardzo dobrze. [...] Działania armii polskiej we Wrześniu były skuteczne. Potrafiła ona wywalczyć zarówno polski cel polityczny kampanii, jak i jej cel strategiczny”.

Świadomość, że potężni alianci weszli do wojny z Niemcami, stała się najlepszą terapią na wrześniowy szok. Powszechnie sądzono, że niezwyciężona, opromieniona sławą 1918 roku armia francuska przystąpi wiosną do generalnej ofensywy, która złamie III Rzeszę. Tezie tej pozostał wierny minister Beck. Tłumaczył współpracownikom: „Wojna zachwiała gmachem naszej państwowości, ale przecież nie może go zniszczyć. Polska walczy w ramach wielkiej koalicji, która bije się z kolei nie za Polskę, bo nie ma takich odruchów szlachetności w polityce międzynarodowej, lecz o swoją własną przyszłość”. Optymizm, odradzający się w kraju na podstawie podobnych przesłanek, umacniały wieści docierające z Francji.

 

W PARYŻU I W LONDYNIE

 

Wbrew wcześniejszym ustaleniom naczelne władze państwa polskiego zostały internowane w Rumunii niemal natychmiast po przekroczeniu jej granicy. Było to na rękę wszystkim zainteresowanym: Niemcom, Sowietom oraz Francuzom, którzy mieli nadzieję zastąpić ówczesny rząd RP, prowadzący nazbyt samodzielną politykę, gabinetem bardziej sobie powolnym. Pozbawiony swobody działania prezydent Mościcki zdołał scedować swe uprawnienia na ambasadora w Rzymie, gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Histeryczna akcja, którą rozwinęli przeciwko niemu zausznicy gen. Sikorskiego, spowodowała jednak weto aliantów wobec jego osoby.

Był to groźny symptom, wskazujący, że suwerenność Polski może stać się przedmiotem politycznej rozgrywki i zewnętrznych nacisków. Powstający kryzys rozwiązano ostatecznie kompromisowo: w końcu września prezydenturę objął związany z sanacją były marszałek senatu, Władysław Raczkiewicz, Sikorski zaś, po przybyciu do Francji, został premierem i Naczelnym Wodzem. Pozycję generała umocniła dodatkowo tak zwana umowa paryska, na podstawie której nowy prezydent zrzekał się niektórych prerogatyw, jakimi dysponował w myśl konstytucji kwietniowej. Jej legitymizacja przez dawną opozycję, która dotąd odmawiała uznania „niedemokratycznej” sanacyjnej ustawy zasadniczej, była jednak paradoksem jedynie pozornym, utrzymanie bowiem ciągłości władzy wymagało przejęcia całego prawnoustrojowego dziedzictwa rządów pomajowych.

Po latach nieobecności na scenie politycznej Sikorski był spragniony władzy, nawet w jej zewnętrznych atrybutach. Ambitny i drażliwy w stosunkach z rodakami, wobec sojuszników nie miał tego zdecydowania i twardości, jakie potrafił wykazać gen. de Gaulle, znajdujący się notabene po upadku Francji w o wiele gorszym położeniu. Wady te nie mogą wszakże przekreślić wysokiej próby patriotyzmu generała ani podważyć ogólnie podzielanego przeświadczenia o historycznej randze misji, jaka przypadła mu w udziale. Był to pogląd korespondujący z odczuciami pozostającego pod okupacją i słabo zorientowanego w niuansach wychodźczej polityki kraju, w którym nazwisko Sikorskiego stało się bezdyskusyjnym symbolem sprawy polskiej i nadziei na ostateczne zwycięstwo.

Trzon nowego rządu stanowiła grupa politycznych przyjaciół Sikorskiego: gen. Haller oraz ministrowie Karol Popiel i Stanisław Stroński. Uzupełniali go, w celu zachowania pozorów reprezentacji wszystkich sił, politycy dobrani na zasadzie specyficznego klucza personalnego, w tym związani wcześniej z obozem sanacyjnym. Był wśród nich między innymi August Zaleski, mianowany ministrem spraw zagranicznych, który stanowisko to piastował już w latach 1926–1932. Najwybitniejszą obok Sikorskiego osobistością w gabinecie był gen. Kazimierz Sosnkowski, który jako dowódca wysokiego szczebla zapisał jedną z chlubniejszych kart w kampanii 1939 roku. Powierzono mu kluczowe stanowisko wicepremiera i przewodniczącego Komitetu do spraw Kraju, dzięki czemu sprawował nadzór nad zaczątkami konspiracji.

Klęska i konieczność oddania władzy opozycji spowodowały głębokie podziały wśród piłsudczyków. Niektórzy, jak Sosnkowski, odsuwani po śmierci marszałka i krytyczni wobec ówczesnej ewolucji rządzącego obozu, w imię wyższych racji skłonni byli do kompromisu. Inni przyjęli wobec nowego rządu postawę wrogą, a nawet agresywną. Ułatwiło to z kolei najzacieklejszym partyzantom Sikorskiego przystąpienie do rozliczania „winowajców klęski wrześniowej”. Akcja ta, której patronował minister Stanisław Kot, przybrała rychło charakter osobistych porachunków i szykan. Konflikty te źle przysłużyły się sprawie polskiej.

Rząd Sikorskiego w momencie przejmowania władzy dysponował namiastką sił zbrojnych, którą stanowił dywizjon kontrtorpedowców. Rychło dołączyły do niego dwa okręty podwodne, które zdołały wydrzeć się z Bałtyku (OORP „Orzeł” i „Wilk”). A zatem rozbudowa wojska, mogącego być dla aliantów głównym argumentem na rzecz Polski, stała się priorytetowym zadaniem jej wychodźczych władz. Po zawarciu umowy z rządem III Republiki, dzięki mobilizacji Polonii francuskiej oraz wydostaniu znacznej części internowanych w Rumunii i na Węgrzech oficerów i żołnierzy, już wiosną 1940 roku w różnych stadiach formowania znajdowały się cztery dywizje i trzy brygady. Wystawiono także dość silne lotnictwo.

Fatalnym niedopatrzeniem, wynikłym częściowo z okoliczności internowania władz polskich w Rumunii i tworzenia nowego rządu, było zaniedbanie wypowiedzenia wojny ZSRS, a w każdym razie brak oświadczenia, iż stan taki, jako efekt agresji, istnieje de iure. Szansę naprawienia tego błędu dała sowiecka napaść na Finlandię jesienią 1939 roku. Wielka Brytania i Francja rozważały wówczas możliwość skierowania jej na pomoc korpusu ekspedycyjnego, w skład którego wejść miały jednostki polskie. Plan ten wobec wygaśnięcia konfliktu zarzucono, przygotowane zaś do interwencji wojska przerzucono do Norwegii po niemieckiej inwazji na ten kraj w kwietniu 1940 roku. W decydującej o wynikach kampanii bitwie o Narwik, prócz okrętów Polskiej Marynarki Wojennej, odznaczyła się Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza.

Prawdziwa wojna na Zachodzie, rozpoczęta w maju 1940 roku, miała się stać egzaminem dla rządu i wojska. Władze państwowe, zwłaszcza premier, zupełnie zatraciły się podczas działań. Sikorski, zawierzając propagandowemu optymizmowi Francuzów, nie tylko dał zgodę na niekorzystną dyslokację oddziałów polskich, ale również nie przedsięwziął zawczasu ich ewakuacji do Wielkiej Brytanii, gdy klęska stała się już oczywista. W efekcie większość dzielnie bijących się jednostek została rozproszona i zmuszona do kapitulacji, względnie internowana w Szwajcarii.

Po upadku Francji „wyspą ostatniej nadziei” dla Polaków stała się Wielka Brytania, zwłaszcza że jej premier, Winston Churchill, zdecydowany był prowadzić wojnę aż do zwycięstwa. Po przybyciu do Londynu Sikorski został poddany ostrej krytyce ze strony piłsudczykowskiej opozycji za zaprzepaszczenie trzech czwartych z takim trudem odtworzonej armii. Podstawy do krytyki dała również nieprzemyślana inicjatywa pojednania ze Stalinem, którą podjął, ulegając inspiracji sowieckich agentów. Pod wpływem tych uzasadnionych na ogół zarzutów Raczkiewicz postanowił w lipcu 1940 roku powierzyć funkcję premiera Zaleskiemu. Przywrócenie politycznego status quo, co odpowiadało Brytyjczykom, wymogła pod groźbą broni grupa oficerów wiernych generałowi.

Szczęściem w nieszczęściu francuskiej tragedii stało się to, iż ocalono z niej większość lotników polskich. Jesienią 1940 roku, w czasie decydującej o wyniku wojny na Zachodzie bitwy o Anglię, w wydatnym stopniu przyczynili się oni do zwycięstwa. Stanowili najliczniejszą grupę cudzoziemców wśród załóg myśliwskich Royal Air Force. Wedle najnowszych badań 145 polskich pilotów, głównie ze sławnych dywizjonów 303 i 302, zestrzeliło 131 maszyn niemieckich, co stanowi 7,6 procent strat poniesionych przez Luftwaffe. Przyniosło to Polakom w Wielkiej Brytanii krótkotrwałą sławę jej obrońców i zbawców. Sukces był pochodną świetnego wyszkolenia, oryginalnej, agresywnej taktyki walki i zdobytej w dwu poprzednich kampaniach rutyny. Piloci myśliwscy Polskich Sił Powietrznych kilkakrotnie potwierdzali swój kunszt w pojedynczych walkach. Sierż. Zygmunt Klein ze 152. Dywizjonu RAF strącił w listopadzie 1940 roku nad kanałem La Manche mjr. Helmuta Wicka, dowódcę 2. pułku myśliwskiego, wówczas lidera rankingu Luftwaffe z pięćdziesięcioma sześcioma zestrzeleniami. Jego następca w tej roli, ppłk Adolf Galland (26. pułk myśliwski, sześćdziesiąt dziewięć zestrzeleń), pół roku później został wyeliminowany z walki również przez Polaka, ppor. Bolesława Drobińskiego z Dywizjonu 303.

Trudna z uwagi na konieczność doszkalania wykruszających się kadr rozbudowa Polskich Sił Powietrznych wiosną 1941 roku skutkowała trzynastoma dywizjonami, w tym czterema bombowymi i obrony wybrzeża. Dzięki temu lotnicy polscy uczestniczyli we wszystkich większych operacjach bojowych RAF, nalotach na Niemcy, w tym na Berlin (po raz pierwszy 23 marca 1941 roku cztery załogi 300. Dywizjonu „Ziemi Mazowieckiej”), i rajdach Fighter Command nad terytorium Francji (tak zwane wymiatanie). Podczas jednego z nich kpt. Jerzy Jankiewicz i sierż. Wacław Giermer z Dywizjonu 303 zestrzelili samolot kurierski, na pokładzie którego znajdował się dowódca I Korpusu Lotniczego, gen. por. Ulrich Grauert. Był to najstarszy rangą oficer niemieckich sił zbrojnych służby czynnej, jaki poległ z polskich rąk.

Na miarę szczupłych sił nader skutecznie działała też Polska Marynarka Wojenna: wypożyczony jej przez Royal Navy kontrtorpedowiec „Piorun” okrył się chwałą, przyczyniając się w maju 1941 roku do wykrycia niemieckiego pancernika „Bismarck”, zatopionego następnie przez główne siły brytyjskie. W roku 1945 stan „małej floty” wynosił: jeden lekki krążownik, sześć kontrtorpedowców, dwa okręty podwodne i kilka ścigaczy. Z nielicznych jednostek lądowych do boju weszła Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich gen. Stanisława Kopańskiego. Ewakuowana po klęsce Francji z Syrii, gdzie organizowano ją do ewentualnej interwencji w ZSRS, przeszła ostatecznie do Egiptu i odznaczyła się podczas obrony Tobruku jesienią 1941 roku.

Bardziej jeszcze niż w przestworzach i oceanach Polacy zaznaczyli swój udział w tak zwanej cichej wojnie. Wywiad wojskowy, Oddział II Sztabu Naczelnego Wodza, oparty na przedwojennej doświadczonej kadrze, która niemal w całości znalazła się na wychodźstwie, stworzył z czasem, za brytyjskie pieniądze, imponującą strukturę obejmującą cały kontynent europejski i Afrykę Północną. Rozpięte poza Polską siatki liczyły 170 oficerów i 3500 agentów, z czego aż 1500 we Francji, stanowiącej bezpośredni cel przyszłej inwazji. Nader owocnie ekspozytura „dwójki”, nastawiona bezpośrednio na Niemcy, funkcjonowała także w Sztokholmie (mjr Michał Rybikowski), a to dzięki współpracy z wywiadem japońskim (!). Szef wywiadu wojskowego, płk Stanisław Gano, szacował, że prace prowadzone na rzecz Brytyjczyków i Amerykanów, stanowiące około 70 procent ogólnego wysiłku, są bardzo poważnym wkładem polskich sił zbrojnych w całość działań wojennych. Nie było w tym megalomanii, podobne oceny bowiem wygłaszali szefowie tajnych służb brytyjskich i amerykańskich, co jednak nie przeszkodziło im po wojnie przyswoić sobie wiele udostępnionych materiałów i sobie przypisać zasług należnych Polakom. Do najwybitniejszych agentów, działających również w służbie brytyjskiej, należeli kpt. lotnictwa Roman Czerniawski („Brutus”), który zdekonspirowany we Francji grał po powrocie do Wielkiej Brytanii rolę podwójnego agenta, dezinformując wywiad niemiecki, oraz Krystyna Skarbek-Giżycka, wykonująca z legendarną odwagą i niezmiennym powodzeniem najbardziej niewiarygodne misje na terenie całej Europy. Ostatnio przypomniano innego bohatera, rtm. Witolda Pileckiego, który dał się dobrowolnie zesłać do Auschwitz, aby zorganizować tam konspiracyjny Związek Organizacji Wojskowych (po wojnie zabili go w majestacie swego prawa polscy komuniści). „Dwójka” dostarczała zarówno wiadomości politycznych, gospodarczych, technologicznych, jak i, najbardziej może cennych, wiadomości technicznych. Największym jej osiągnięciem stało się, jeszcze przed wojną, odtworzenie przez zespół matematyków z Biura Szyfrów Sztabu Głównego (Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski) repliki niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Przewieziona do Francji, a następnie do Anglii i odpowiednio tam zmodyfikowana maszyna ta umożliwiła Brytyjczykom częściowy dekryptaż kodowej korespondencji radiowej Wehrmachtu, Luftwaffe, a także w mniejszym stopniu Kriegsmarine. Miało to wybitne, choć nie rozstrzygające – jak twierdzą niektórzy – znaczenie dla losów zmagań zbrojnych.

 

DWIE OKUPACJE

 

Bezpośrednim skutkiem sojuszu Hitlera i Stalina stał się nie tylko wybuch drugiej wojny światowej, ale też natychmiastowy czwarty rozbiór Polski. Po korektach linii granicznej, przeprowadzonych 28 września w kolejnym traktacie, Rzeszy przypadły ostatecznie terytoria na zachodzie i w centrum kraju, łącznie około 190 tysięcy km2, ZSRS zagarnął zaś Kesy Wschodnie ze Lwowem i z Przemyślem oraz Białostocczyznę i Łomżyńskie, a więc około 200 tysięcy km2, na których ludność polska, choć najliczniejsza, znajdowała się we względnej mniejszości (ponad pięć z trzynastu milionów mieszkańców). „Przypieczętowane krwią” – jak pisał Stalin w gratulacyjnej depeszy do Führera – sowiecko-niemieckie „braterstwo broni” okazało się nader korzystne dla obu stron, prowadząc do nawiązania i zacieśniania wszechstronnej współpracy. Jedną z jej płaszczyzn było tajne współdziałanie policji politycznych obu państw – NKWD i Gestapo – przeciwko raczkującemu polskiemu ruchowi oporu.

Wzgląd na sojusznika, który kategorycznie przeciwstawiał się odbudowie państwowości polskiej w jakiejkolwiek postaci, spowodował, iż Hitler zrezygnował ze snutych początkowo planów utworzenia półzależnego „państwa szczątkowego”, które po oderwaniu „korytarza” (Pomorza Gdańskiego) i Śląska miało się stać „rezerwatem dla Żydów” oraz ewentualnym przedmiotem przetargu, gdyby Zachód skłonny był podjąć inicjatywę pokojową. W efekcie do Rzeszy inkorporowano również część północnego Mazowsza oraz Wielkopolskę z przyległymi terytoriami, łącznie około 92 tysięcy km2 z ludnością liczącą ponad dziesięć milionów (w tym zaledwie sześć procent rdzennych Niemców). Ziemie te przeznaczono do szybkiej germanizacji. Środkami do osiągnięcia tego celu miały być wywłaszczenia i wysiedlanie nadmiaru Polaków, prowadzone planowo od 1939 roku, oraz różne formy asymilacji pozostałej ludności polskiej. Za najskuteczniejszą uważano niemiecką listę narodową (Deutsche Volksliste), na którą wpisywano, niekiedy przymusowo, całe grupy autochtonicznych mieszkańców, zwłaszcza na Śląsku. Inni byli skazani na dolę pozbawionej elementarnych praw siły roboczej.

Z pozostałej części terenów okupowanych utworzono w październiku 1939 roku Generalne Gubernatorstwo (Generalgouvernement) ze stolicą w Krakowie. Na jego czele stanął minister Rzeszy, dr Hans Frank. Choć kierując się swoistym pragmatyzmem, był nawet skłonny do pewnego umiarkowania, to bez protestów firmował politykę potęgującego się terroru, co po wojnie zaprowadziło go w procesie norymberskim na szubienicę. GG miało stać się „wysuniętym przedpolem” w stosunku do Rosji, dostarczając jednocześnie Rzeszy produktów rolnych, surowców oraz darmowych robotników. Przystępując do realizacji swych projektów, władze niemieckie postanowiły na początek dozować represje. W Warszawie aresztowano (a następnie zgładzono) jej bohaterskiego prezydenta wsławionego w czasie oblężenia miasta – Stefana Starzyńskiego; w Krakowie zesłano do obozów koncentracyjnych 183 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczej. Społeczeństwem Generalnego Gubernatorstwa wstrząsnęła zwłaszcza egzekucja w Wawrze pod Warszawą, gdzie w grudniu 1939 roku, w odwecie za zabójstwo przez miejscowych kryminalistów dwóch niemieckich podoficerów, rozstrzelano 113 losowo wybranych mężczyzn.

Wiosną 1940 roku na podstawie dyrektyw zwierzchnika niemieckich służb policyjnych i SS, Heinricha Himmlera, rozpoczęto „nadzwyczajną akcję uśmierzającą” (Ausserordentliche Befriedungsaktion, AB), podczas której wymordowano blisko trzy i pół tysiąca osób. Celem akcji była przyspieszona likwidacja buntowniczych polityków głoszących opór oraz położenie kresu tradycyjnej polskiej przestępczości. Wśród ofiar znaleźli się między innymi: przywódca Stronnictwa Ludowego – Maciej Rataj, jeden z czołowych działaczy PPS – Mieczysław Niedziałkowski, oraz biegacz – Janusz Kusociński, najwybitniejszy polski sportowiec tej doby, złoty medalista olimpijski z Los Angeles w 1932 roku. Dodatkowym środkiem represji stały się wywózki do tworzonych obozów koncentracyjnych. Pierwszy z nich – założony w maju 1940 roku Auschwitz (Oświęcim) – początkowo przeznaczony był wyłącznie dla Polaków.

Terror w początkowym okresie okupacji niemieckiej miał mimo wszystko charakter prewencyjny i selektywny. Ogół ludności GG traktowano jako potencjalnych robotników i obiekt eksploatacji ekonomicznej, pozbawiając ją faktycznego prawa do kultury i oświaty szczebla ponadpodstawowego. Specjalnemu prawodawstwu, zgodnie z doktryną III Rzeszy, poddano Żydów. Od października 1939 roku skupiano ich w wydzielonych dzielnicach miejskich, gettach. Niebywale przeludnione, musiały wchłonąć rychło transporty z Niemiec, Austrii i Czech. Warunki życia w nich, urągające najelementarniejszym normom zdrowia i higieny, stały się przyczyną przerażającej śmiertelności.

Nieco inaczej ułożyły się stosunki na obszarze okupacji sowieckiej. W zamierzeniach Stalina charakter tych ziem miał w krótkim czasie zostać zmieniony tak, aby w bliskiej nawet przyszłości uniemożliwić wszelkie próby restytucji stanu rzeczy sprzed 17 września, zwłaszcza zaś aby pozbawić Polaków argumentów etnograficznych. W październiku 1939 roku po farsowych wyborach, wyłoniono Zgromadzenia Narodowe, które uchwaliły włączenie Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy do odpowiednich republik sowieckich (obszar Wileńszczyzny, podobnie jak w 1920 roku, scedowano na Litwę, ale po niespełna roku wraz z całą Nadbałtyką należał on również do ZSRS). Zastosowana procedura kłóciła się z wymogami prawa międzynarodowego, które nie uznaje plebiscytów i wyborów organizowanych w czasie wojny. Ponieważ jednak formalnie stan wojny między Związkiem Sowieckim a Polską nie zaistniał, kłamliwa teza, iż przeprowadzono je na obszarach, które na skutek rzekomego rozpadu II Rzeczypospolitej utraciły przynależność państwową, stała się w przyszłości koronnym argumentem Stalina na rzecz uprawomocnienia zdobyczy.

Pierwsze tygodnie sowieckiego panowania charakteryzowały się podsycanym przez władzę terrorem, uprawianym przez oddziały „milicji ludowej”, organizowane pod kierunkiem miejscowych aktywistów komunistycznych z wszelkiego rodzaju mętów społecznych. Nikita Chruszczow, pierwszy sekretarz KC Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, wzywał, aby „nie hamować sprawiedliwości wymierzanej przez masy, które [dość] się nacierpiały”. Wspomagało je NKWD, które stosując paragrafy o „historycznej kontrrewolucji”, pociągało do odpowiedzialności czołowych polskich przywódców politycznych, a nawet oficerów rezerwy (za udział w wojnie 1920 roku!). Ważną rolę w tworzeniu aparatu okupacyjnego odegrały niedobitki KPP (łącznie blisko dwa tysiące aktywistów). Wśród najbardziej czynnych znaleźli się: Jakub Berman, Jerzy Borejsza, Marceli Nowotko, Alfred Lampe, a także Wanda Wasilewska, drugorzędna pisarka uhonorowana wyborem do Rady Najwyższej ZSRS. Wobec zamiaru pozostawienia ludności polskiej ściśle fasadowej swobody życia naukowego i kulturalnego posłużyli oni (zwłaszcza w Małopolsce Wschodniej) jako swego rodzaju przewodnicy w dziele „oczyszczania” miejscowej inteligencji (jedną z ofiar donosów ze strony dawnych towarzyszy stał się autentycznie komunizujący przed wojną wybitny poeta, Władysław Broniewski). Polityka ta okazała się generalnie rzecz biorąc skuteczna. Groźba deportacji i więzienia, zderzona z możliwościami uprawiania zawodu, stanowiła pożywkę dla postaw apolitycznych, a nawet kolaboranckich. Poczytny eseista i znakomity tłumacz, przy tym człowiek słaby i lękliwy, Tadeusz Boy-Żeleński, przyznawał: „To jest zwyczajny imperializm, goniący za podbojem i operujący oszukańczą, zwodniczą frazeologią. [...] To najstraszniejsza niewola myśli, jaką znają dzieje”.

Wszelkie nadzieje na możliwość pielęgnowania choćby tylko kultury polskiej były całkowicie płonne, albowiem stały w sprzeczności z dalekosiężnymi celami Sowietów. Celnie rozpoznawał je raport przeznaczony dla rządu Rzeczypospolitej w Londynie: „Bezmyślny wandalizm wobec bezcennych dzieł sztuki, gromadzonych wiekami bogactw kulturalnych, wobec jedynych w świecie zabytków archiwalnych – przybiera takie rozmiary, że cyfry niepowetowanych strat nie ujmie żadne obliczenie. Palenie w piecach [...] książkami polskich bibliotek naukowych, sprzedaż jako makulatury bezwartościowej bezcennych aktów, na których królowie polscy jeszcze swe podpisy składali – nie jest wyjątkiem w tym ogólnym wygałacaniu kraju ze wszystkich wielkich wartości. Wręcz przeciwnie, jest to system [...] za każdą cenę dążący do wykreślenia z tych ziem wszystkiego, co wiązało się z ich wielką przeszłością historyczną, polityczną, kulturalną”.

Warunki życia pod okupacją sowiecką były wyjątkowo ciężkie, co wiązało się z rabunkową gospodarką, powszechnymi rekwizycjami, a wreszcie z nacjonalizacją przemysłu i handlu oraz przymusową kolektywizacją rolnictwa. Pauperyzację ludności przyspieszyła wymiana pieniędzy, przeprowadzona po wybitnie niekorzystnym kursie. Główny cel – depolonizację zagarniętych terytoriów – osiągnięto innymi środkami. Niemal wszelkie instytucje polskie, w tym oświatowe, zostały rozwiązane lub poddane najczujniejszej policyjno-partyjnej kontroli. Kościół katolicki, zgodnie z oficjalną doktryną ateizacji społeczeństwa, poddano prześladowaniom. Najtragiczniejszym wydarzeniem na obszarze sowieckiej okupacji stały się cztery wielkie deportacje ludności, które objęły od 315 do 350 tysięcy osób. Blisko sześćdziesiąt procent spośród nich stanowili Polacy, resztę zaś Żydzi, którzy mimo demonstrowanego przez niektórych serwilizmu wobec nowej władzy wcale nie stali się en masse warstwą uprzywilejowaną, Ukraińcy i Białorusini. Wysiedlano, wedle specjalnych ewidencji, przede wszystkim grupy stanowiące elitę polityczną, społeczną i ekonomiczną. Wywiezieni trafiali do więzień, ludobójczych łagrów bądź na przymusowe osiedlenie w oddalonych rejonach ZSRS, gdzie warunki życia były niewiele tylko lepsze niż w osławionym GUŁagu. Blisko sto tysięcy mężczyzn zmobilizowano do tak zwanych strojbatów (batalionów pracy), w których świadomie wyniszczano ich katorżniczymi normami i głodowymi racjami. Nie lepszy los spotkał około 150 tysięcy poborowych powołanych w 1940 roku do służby w Armii Czerwonej – po ataku niemieckim w czerwcu 1941 roku (!) odstawiono ich do obozów o zaostrzonym reżimie lub do prac na zapleczu frontu.

Osobnym problemem, który wymagał decyzji na najwyższym szczeblu, stał się los polskich jeńców, zwłaszcza blisko piętnastu tysięcy oficerów (przeważnie rezerwy) i funkcjonariuszy służb państwowych, zgromadzonych w trzech wielkich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Stanowili oni prawdziwą emanację inteligencji polskiej z uwagi na nieproporcjonalnie dużą liczbę naukowców, lekarzy, prawników, nauczycieli itp. Od końca marca 1940 roku – na formalny wniosek komisarza spraw wewnętrznych, Ławrientija Berii, i za aprobatą Stalina, Mołotowa, komisarza obrony, Klimienta Woroszyłowa, a także innych członków ścisłego kierownictwa partyjnego i państwowego ZSRS – przystąpiono do likwidacji obozów. Oficerów uznanych za zatwardziałych i nieprzejednanych wrogów władzy sowieckiej skazano zaocznie, bez prawa do obrony, na śmierć. Jeńców z Kozielska wywożono w niewielkich eszelonach do Katynia, gdzie byli mordowani. Miejscem śmierci ich towarzyszy z Ostaszkowa i Starobielska (co ujawniono dopiero niedawno) stały się Miednoje i Charków. Z hekatomby, która pochłonęła czternaście i pół tysiąca ludzi, ocalało 395 osób, w większości związanych z wywiadem lub interesujących NKWD z innych jeszcze powodów. Trzeba również pamiętać, iż część wziętych do sowieckiej niewoli oficerów w ogóle nie dotarła do obozów jenieckich – mordowano ich od razu lub też przewożono wprost do więzień. Dla tych ostatnich, jak na przykład gen. Władysław Anders, stało się to szansą na ocalenie.

Klęska Francji – nieoczekiwana dla Stalina, który liczył na wzajemne wykrwawienie stron w wojnie na zachodzie – i co za tym idzie niepokojący wzrost potęgi politycznej III Rzeszy stworzyły nową sytuację. Beria rozpoczął wówczas rozmowy na temat powołania „polskiej” dywizji Armii Czerwonej, na wzór podobnych jednostek organizowanych we włączonych do Związku Sowieckiego republikach nadbałtyckich. Wśród ocalałych oficerów ujawniło się jednakże zaledwie kilkunastu zwolenników takiego projektu (między innymi ppłk Zygmunt Berling), przez co jego realizację odłożono na bardziej sprzyjający moment. Próbowano również sondaży politycznych, do których usiłowano wciągnąć byłego premiera, Kazimierza Bartla.

Okupacja, a tym bardziej terror prowokowały naturalną dążność do organizowania oporu. Marszałek Śmigły-Rydz, jeszcze przed opuszczeniem kraju, myślał o stworzeniu sprawnej konspiracji na wzór POW z czasów pierwszej wojny światowej. Ostatecznie udało mu się przerzucić do broniącej się Warszawy emisariusza, który przekazał pełnomocnictwa do zawiązania tajnej organizacji wojskowej. Powołano ją 27 września 1939 roku jako Służbę Zwycięstwu Polski pod komendą gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego. Ciesząc się opinią nader wymagającego, a przy tym doskonałego organizatora, wydawał się on dobrym kandydatem na pierwszego dowódcę podziemnej armii. W oczach Sikorskiego i jego otoczenia miał jednak na sumieniu grzech pierworodny – był zdeklarowanym piłsudczykiem, do tego wysoko uplasowanym w przedwojennych strukturach obozu sanacyjnego. A zatem pozbyto się go szybko za pomocą prostego, a zarazem cynicznego manewru – mianując go po reorganizacji i przekształceniu Służby Zwycięstwu Polski w Związek Walki Zbrojnej szefem podziemia na obszar okupacji sowieckiej i wysyłając do Lwowa na pewną dekonspirację. Jego miejsce zajął płk Stefan Grot-Rowecki, także wywodzący się z Legionów, ale uchodzący za żołnierza, nie zaś – jak jego poprzednik – za polityka. Posiadając wszystkie zalety Karaszewicza-Tokarzewskiego, wzbogacone o żelazną konsekwencję, okazał się najwybitniejszą postacią podziemia. Nie bez znaczenia była również magnetyczna osobowość „Grota”, jednająca mu podkomendnych, a nawet przeciwników. Cechy te były bezcenne w sytuacji, w jakiej przyszło mu działać.

Już jesienią 1939 roku Polaków opanowała prawdziwa konspiracyjna gorączka. Sceptycy – jak przywódca PPS, Zygmunt Żuławski, który z ironią powątpiewał, czy przemoc niemiecką może złamać tajna organizacja wojskowa uzbrojona w rewolwery i zakopane karabiny – znaleźli się w zdecydowanej mniejszości. Do wiosny 1940 roku powstało około 140 większych lub mniejszych grup i grupek podziemnych. Zakładano je na zasadach więzi przyjacielskich, wspólnoty regionalnej lub powinowactwa politycznego, każde bowiem liczące się ugrupowanie tworzyło własną strukturę zbrojną. A zatem akcesy do konspiracji nie zawsze miały charakter świadomego wyboru; najczęściej były kwestią przypadku.

Pierwszą organizacją podziemia był Oddział Wydzielony WP mjr. Henryka Dobrzańskiego („Hubala”). Utworzony z kadry 110. Rezerwowego Pułku Ułanów, która zdecydowała się nie składać broni, od października 1939 roku kontynuował na zasadach półpartyzanckich walkę na obszarze Gór Świętokrzyskich i lasów spalskich. Niemcy zdołali rozbić „Hubala” z niemałym wysiłkiem dopiero w kwietniu 1940 roku. Tragiczną konsekwencją przedsięwzięcia „szalonego majora” była pacyfikacja kilku wsi, których ludność udzielała partyzanckiemu wojsku samorzutnej pomocy. Stanowiło to przestrogę dla innych i stało się jedną z pobudek do uporządkowania sytuacji w konspiracji. Wymagały tego również względy bezpieczeństwa, poszczególne organizacje bowiem nie tylko dublowały swą działalność, ale też nierzadko wzajemnie się dekonspirowały i paraliżowały. Labirynt podziemia sprzyjał nadto wszelkim formom prowokacji, którą, jako najgroźniejszą broń, stosowali z upodobaniem zarówno Niemcy, jak i Sowieci.

„Grot”, mianowany do stopnia generalskiego, zabrał się do rzeczy z właściwą sobie energią. Jednakże akcja scaleniowa trwała praktycznie do 1944 roku; formalnie zakończono ją dwa lata wcześniej na mocy rozkazu gen. Sikorskiego w chwili przekształcenia Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową. Liczebna rozbudowa wojska podziemnego (około 40 tysięcy ludzi w 1940 roku) pozwalała na tworzenie odpowiednich struktur terenowych, a następnie na powoływanie wyspecjalizowanych służb w rodzaju Kedywu (Kierownictwo Dywersji). Rowecki obsadzał kluczowe stanowiska w ZWZ, a następnie AK oficerami zawodowymi, co ściągnęło nań zarzuty o wprowadzenie do konspiracji elementu sanacyjnego.

 

POLSKA I JEJ ALIANCI

 

Atak niemiecki na ZSRS 22 czerwca 1941 roku odmienił bieg wojny. Miał też decydujący wpływ na losy sprawy polskiej. Bliski współpracownik Piłsudskiego, ambasador Michał Sokolnicki, konstatował: „Dopóki trwa wojna między Niemcami a Rosją, Polska sama przez się, i bez naszego przyczynienia, wyrasta. Rzeczą Polaków będzie chwycić moment najwyższy linii krzywej, oznaczającej naszą wagę na świecie”.

Postępowanie zgodnie z potwierdzoną realiami teorią „dwóch wrogów” wymagało wszakże swobody działania. Tej władze polskie nie miały, dla Wielkiej Brytanii bowiem, dotąd osamotnionej w walce z Hitlerem, pojawienie się Rosji Sowieckiej w roli sojusznika było na tyle korzystne, iż w celu zacieśnienia z nią stosunków zdecydowała się poświęcić wszystkie dawne zobowiązania. Na skutek bezpośrednich nacisków Churchilla, po trudnych rokowaniach, gen. Sikorski zawarł 30 lipca porozumienie z sowieckim ambasadorem w Londynie, Iwanem Majskim. Dotyczyło ono przywrócenia stosunków dyplomatycznych, utworzenia armii polskiej w ZSRS oraz „amnestii” w stosunku do „wszystkich obywateli polskich”. Za podpisaniem paktu przemawiała nadzieja na utworzenie licznej armii oraz uzasadniona obawa o losy Polaków, mordowanych masowo także po 22 czerwca; przeciwko zaś – nieustępliwe stanowisko strony sowieckiej w kwestii granic, którą ostatecznie, aby nie zaogniać sytuacji, zdecydowano się pominąć w tekście dokumentu milczeniem (uznanie aktów zawartych z III Rzeszą za „niebyłe” nie rozwiązywało sprawy, gdyż Związek Sowiecki opierał swe pretensje na osławionych „plebiscytach” z 1939 roku).

Decyzja Sikorskiego spowodowała poważny kryzys polityczny: z rządu ustąpili ministrowie Sosnkowski i Zaleski, uznali bowiem, że można było wynegocjować lepsze warunki, wykorzystując pogarszającą się gwałtownie sytuację militarną Związku Sowieckiego. Obiekcje wobec paktu miał również Raczkiewicz, ale Brytyjczycy nie pozwolili mu ich publicznie wyartykułować, uniemożliwiając jednocześnie zdymisjonowanie premiera.

Tworzenie wojska, na którego czele stanął zwolniony z sowieckiego więzienia gen. Anders, szło z niejakimi oporami, jedynie po części wynikającymi z ówczesnej sytuacji ZSRS. Kontrowersje budziła kwestia jego liczebności (liczba ochotników pozwalała na znaczne przekroczenie ustalonego wstępnie kontyngentu – 44 tysięcy) oraz problem ciągnących masowo pod opiekę armii cywilów. Aby rozstrzygnąć spory i nadać porozumieniu polsko-sowieckiemu głębszą treść, Sikorski udał się do Moskwy osobiście. Podejmowany z najwyższą atencją przez Stalina, odbył z nim dwie rozmowy – 3 i 4 grudnia 1941 roku. Generał zaproponował wyprowadzenie do Persji nadwyżek kadrowych w celu uzupełnienia Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii oraz wystawienie w ZSRS aż siedmiu dywizji. Stalin, mimo pozornych dąsów w pierwszej z wymienionych kwestii, zaakceptował oba postulaty. Ustalono też, na wniosek strony polskiej, zmianę rejonu dyslokacji Armii Polskiej, przenosząc ją do południowego Kazachstanu (nad granicę perską), co z uwagi na miejscowe warunki nie okazało się zresztą rozwiązaniem korzystnym.

Celem sowieckiego przywódcy stało się skłonienie Sikorskiego do podjęcia dyskusji w kluczowej kwestii granic przed konferencją pokojową, gdy tylko wojsko polskie ruszy do boju. Proponował stronie polskiej niesprecyzowane, niewielkie ustępstwa terytorialne, obiecując w zamian bezwarunkowe poparcie jej aspiracji na zachodzie kosztem Niemiec. Aby skłonić rozmówcę do poważniejszego traktowania oferty, Stalin uruchomił dwa argumenty: w przededniu przyjazdu generała sowiecki Komisariat Spraw Zagranicznych zakwestionował pobór do wojska grup innych niż „obywatele narodowości polskiej”, co niedwuznacznie wskazywało, że ZSRS stoi na stanowisku granicy z 1941 roku; zaś kilka dni później w Kujbyszewie zorganizowano wiec radiowy z udziałem Wasilewskiej i innych polskich komunistów. Sikorski, przekonany o poparciu ze strony Churchilla, a także Roosevelta (z którym przeprowadził rozmowy już wiosną 1941 roku), odrzucił jednak możliwość dyskutowania spraw terytorialnych, licząc, że czas pracuje przeciwko Rosji Sowieckiej, która, wykrwawiona i wyczerpana, będzie musiała przyjąć po wojnie warunki podyktowane przez Zachód.

Po odjeździe generała sprawy zaczęły się jednak komplikować. Anders, który dotąd deklarował całkowitą lojalność wobec Naczelnego Wodza, rozpoczął własną grę ze Stalinem. Skłaniało go do tego stanowisko władz sowieckich, opóźniających dostawy sprzętu i żywności, a z drugiej strony ponaglających, by utworzone już dywizje wyszły na front, nie czekając na zakończenie organizacji całej armii. Ratunkiem wydawało się wyprowadzenie wojska do Persji. Sam Anders był nadto przekonany o rychłej klęsce Rosjan, w powziętej zaś decyzji utwierdzały go nastroje własnych żołnierzy, z których lwia część przeszła gehennę łagrów i zsyłek. O ewakuację wojsk polskich docelowo na Bliski Wschód zabiegał także Churchill, co wiązało się z krytyczną sytuacją Brytyjczyków w Egipcie. Ostatecznie przeprowadzono ją w dwóch turach, na przełomie marca i kwietnia oraz w sierpniu 1942 roku, i objęła ona łącznie niespełna 116 tysięcy osób (nie tylko Polaków!), co stanowiło mniej niż dziesięć procent ogólnej liczby deportowanych po wrześniu 1939 roku w głąb ZSRS.

W kategoriach militarnych nawet cała armia Andersa nie mogła w znaczącym stopniu zaważyć na losach kampanii na wschodzie, natomiast jej pozbycie się rozwiązywało Stalinowi ręce, już wtedy bowiem zaczął on snuć plany sowietyzacji Polski po zakończeniu wojny. Nic zatem dziwnego, że mimo przeciwnych deklaracji uczynił wszystko, aby nie tylko przeprowadzić, ale też przyspieszyć ewakuację. Pojmował to Sikorski i starał się, jak długo było to możliwe, utrzymać w Związku Sowieckim choćby polski ośrodek rekrutacyjny, dający szansę odtworzenia tam sił zbrojnych. Natychmiast po ewakuacji armii Andersa propaganda sowiecka zaostrzyła gwałtownie ton wobec Polaków. Pozostający w Rosji, nie wyłączając personelu dyplomatycznego, stali się ofiarami potęgujących się szykan i prześladowań. Komisariat Spraw Zagranicznych ZSRS notyfikował wstrzymanie dalszych zaciągów do polskiego wojska oraz jawnie już głosił roszczenia do Kresów Wschodnich.

Próba uładzenia stosunków podjęta przez nowego ambasadora Tadeusza Romera, który zastąpił skierowanego początkowo do Moskwy Stanisława Kota, nie powiodła się, Stalin bowiem dążył do ich maksymalnego zaostrzenia, a nawet zerwania. Świadczy o tym zielone światło, jakie zapalił komunistom polskim w ZSRS. 1 marca 1943 roku na jego polecenie powołano Związek Patriotów Polskich, mający stać się zawiązkiem władzy „nowej” Polski. Na jego czele stanęła Wasilewska, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej jako pułkownik Armii Czerwonej deklarowała całkowity brak zainteresowania sprawami Polaków. Zza kulis całą robotą kierował Lampe, a instytucjonalnie – na poły tajne Centralne Biuro Komunistów Polskich, w którym kluczowe role odgrywali między innymi Jakub Berman i Hilary Minc. Przy czym Związkowi Patriotów, który skupił blisko sto tysięcy osób, nie można wszakże odmówić niewątpliwej zasługi wydobycia z ZSRS tych Polaków, którzy – zagubieni lub celowo przetrzymani – nie mieli szansy wyjścia z Andersem. W nowej sytuacji stali się oni potrzebni jako potencjalni żołnierze. Wasilewska zapowiadała im z perfidną szczerością, że muszą zdobyć sobie prawo (!) powrotu do kraju.

Tak pożądanego pretekstu do pchnięcia sprawy polskiej na nowe tory dostarczyła Stalinowi kwestia katyńska. 13 kwietnia 1943 roku Niemcy ogłosili przez radio o odkryciu masowych grobów oficerów polskich. W sztabie Andersa, a także w otoczeniu Sikorskiego zdawano sobie sprawę, że zaginionych w 1940 roku spotkał zły los, niemniej wymiar sowieckiego ludobójstwa przeszedł wszelkie oczekiwania. Mimo to rząd RP zareagował na tragiczną wiadomość z najwyższą powściągliwością, zwracając się jedynie do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z prośbą o podjęcie postępowania wyjaśniającego. To jednak wystarczyło Stalinowi, który z bezprzykładnym cynizmem oskarżył gen. Sikorskiego o współdziałanie z odpowiedzialnymi rzekomo za zbrodnię Niemcami. W 1944 roku wersję tę potwierdziła specjalnie powołana komisja pod przewodnictwem naczelnego chirurga Armii Czerwonej, gen. Nikołaja Burdienki, której zadaniem było zdyskredytowanie ustalenia międzynarodowego zespołu ekspertów, zebranego wcześniej przez władze niemieckie. Podtrzymywano ją aż do 1990 roku – głównie z pobudek politycznych, ale także by uchronić przed odpowiedzialnością wielu współwinnych mordu, dożywających swych lat wyższych funkcjonariuszy NKWD i partyjnych weteranów.

Zawieszenie stosunków polsko-sowieckich stanowiło groźny wyłom w alianckiej koalicji. Roosevelt, a zwłaszcza Churchill podjęli się mediacji, aby spór ten załagodzić. Nie przyniosło to jednak rezultatów, Stalin bowiem nie chciał wyrzekać się uzyskanych atutów. Do nieustępliwości skłaniał go korzystny obrót wydarzeń na froncie, pozwalający przypuszczać, że Polskę zajmą jednostki sowieckie. W tej sytuacji obaj przywódcy, kalkulując bilans, postanowili nie tylko przyjąć oficjalną stalinowską wersję, ale też ukryć wszelkie podważające ją dowody. W myśl prawa oznaczało to „współdziałanie po fakcie” i, kompromitując Roosevelta i Churchilla, utrudniało im w przyszłości skuteczną obronę polskich interesów.

Sprawa katyńska rozpaliła tymczasem do białości nastroje wśród ewakuowanych z ZSRS wojsk polskich. Ponieważ zachowanie jedności w tym krytycznym momencie stało się niezbędne, Sikorski podążył z podróżą inspekcyjną na Bliski Wschód. Wykorzystał ją również w celu załagodzenia ostrego konfliktu personalnego z intrygującym przeciwko niemu gen. Andersem. W drodze powrotnej, 4 lipca 1943 roku w Gibraltarze, samolot, którym leciał, natychmiast po starcie uległ wypadkowi. Naczelny Wódz i towarzyszące mu osoby zginęli. Dokumenty przeprowadzonego przez brytyjczyków tajnego śledztwa do dzisiaj nie zostały ujawnione. Badania wykonane w roku 1993 w Katedrze Aerodynamiki Obiektów Ruchomych Politechniki Warszawskiej wykazały, że samolot był sprawny przez cały czas lotu, świadomie sterowany przez pilota do momentu wodowania. Jak na razie niewiele do sprawy wniosła przeprowadzona ostatnio ekshumacja zwłok Sikorskiego, pozwalając co najwyżej na wykluczenie najbardziej fantastycznych przyczyn jego śmierci.

 

POLSKA PODZIEMNA

 

Wybuch wojny z Rosją Sowiecką i szybkie postępy Wehrmachtu na wschód spowodowały, że cały obszar Polski znalazł się pod okupacją niemiecką. Do GG włączono Dystrykt Galicja, obejmujący Małopolskę Wschodnią, Wołyń zaś wszedł w skład Komisariatu Rzeszy Ukraina. Ułatwiło to rozbudowę struktur podziemia. Delegatura Rządu na Kraj, której agendy stale się rozrastały, także w terenie, uzyskała możliwość kontroli wszelkich przejawów życia społecznego. Jej podstawę, podobnie jak w Londynie bazę rządu, stanowiła „gruba czwórka”, czyli cztery główne ugrupowania polityczne: Stronnictwo Narodowe, Stronnictwo Ludowe, socjaliści (w kraju Centralne Kierownictwo Ruchu Mas Pracujących Miast i Wsi – Wolność, Równość, Niepodległość; na emigracji nadal PPS) oraz osobista partia gen. Sikorskiego, kanapowe Stronnictwo Pracy. Oprócz sprawnego aparatu administracyjnego tworzono również konspiracyjne sądownictwo, szkolnictwo, wreszcie rozwijano szeroką działalność kulturalną. Potęgą stała się tajna prasa z oficjalnym organem rządu, „Biuletynem Informacyjnym”, którego nakłady sięgały pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Pozwala to uznać istnienie polskiego państwa podziemnego za zjawisko wyjątkowe w okupowanej Europie.

Przełom w sytuacji politycznej, zwłaszcza nadzieje, jakie rozbudziło przystąpienie do wojny w grudniu 1941 roku Stanów Zjednoczonych, spowodował niesłychaną erupcję ideologiczną, określaną z przekąsem przez „Grota” jako „wyścig programowy”. Na mapie podziemia zaszło jednocześnie kilka istotnych zmian. Po zawarciu paktu Sikorski–Majski poddająca go ostrej krytyce WRN, mimo że socjaliści w Londynie popierali układ, przejściowo wystąpiła z Politycznego Komitetu Porozumiewawczego przy Delegacie Rządu. Jej miejsce zajęli Polscy Socjaliści, reprezentujący bardziej radykalne, ale mniejszościowe skrzydło partii. Odmiennie zachowało się Stronnictwo Narodowe. O ile przebywający w Londynie przywódcy, z Tadeuszem Bieleckim na czele, zdystansowali się od rządu, o tyle krajowe kierownictwo Stronnictwa nadal go wspierało. Doprowadziło to do rozłamu. Secesjoniści w kraju, po fuzji ze Związkiem Jaszczurczym, utworzyli Narodowe Siły Zbrojne, które od razu zajęły na mapie podziemia znaczące miejsce.

Dalekosiężne plany Stalina wobec Polski wymagały tymczasem stworzenia ekspozytury interesów sowieckich także pod okupacją niemiecką. W styczniu 1942 roku grupa przerzuconych drogą lotniczą z ZSRS agentów Kominternu (Marceli Nowotko oraz Paweł Finder i Bolesław Mołojec) powołała, na bazie miejscowych środowisk komunistycznych, Polską Partię Robotniczą. Miała ona zadania doraźne i strategiczne. Pierwsze polegały na podjęciu, bez względu na możliwe represje, działalności zbrojnej w celu dezorganizacji niemieckiego zaplecza i linii komunikacyjnych; drugie – na maksymalnym wyniszczeniu polskiego elementu biologicznego. Pantelejmon Ponomarienko, stojący na czele sowieckiego Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, pisał w styczniu 1943 roku w poufnym elaboracie: „W Polsce trzeba koniecznie rozpalić wojnę partyzancką. Oprócz efektu wojskowego spowoduje to pożądane wydatki [tj. straty] ludności polskiej na dzieło walki z niemieckimi okupantami i spowoduje, że Polakom nie uda się zachować swoich sił”.

Jednocześnie, imając się wszelkich środków z denuncjacjami na Gestapo włącznie, próbowano osłabić państwo podziemne i jego aparat. W dłuższej perspektywie komuniści mieli wyłonić kadry gotowe objąć władzę w kraju. Realizacja tego scenariusza napotykała jednak poważne trudności. Poparcie dla PPR było początkowo niewielkie, samą zaś partię w końcu 1942 roku sparaliżował ciężki kryzys wewnętrzny. Na skutek rywalizacji o władzę pomiędzy frakcjami orientującymi się na różne ośrodki dyspozycyjne w Moskwie zabito jej sekretarza, Nowotkę (wedle jednej z wersji zabójstwa dokonali na tajny rozkaz żołnierze Kedywu Warszawskiego, co byłoby ze wszech miar uzasadnione współpracą, jaką podjął on z Niemcami). Wobec ostrego konfliktu personalnego w kierownictwie PPR towarzysze obciążyli jednak Mołojca odpowiedzialnością za śmierć sekretarza, tym samym z kolei nań wydając wyrok. Ostatecznie, po aresztowaniu Findera przez Niemców w dość niejasnych okolicznościach, sukcesja przypadła podrzędnemu działaczowi byłej Komunistycznej Partii Polski, Władysławowi Gomułce. Wykazał on niewątpliwe zdolności organizacyjne i talent przywódczy, konsolidując na powrót partię. Akcje zbrojne powołanej przez PPR Gwardii Ludowej, często zresztą kierowane przeciwko wyższym warstwom własnego społeczeństwa i ocierające się o pospolity bandytyzm, nie miały początkowo większego powodzenia z powodu szczupłości środków i nader ograniczonej pomocy sowieckiej (którą nawet przez pewien czas wstrzymano). Nie troszczono się też o konsekwencje. „Napadają na nasze wsie, miasteczka, ograbiają dwory, plebanie, chłopów, mordują broniących swego dobytku, prowadzą akcję dywersyjną, wysadzają mosty, tory kolejowe, palą tartaki... i nałogowo unikają bezpośredniego zetknięcia z Gestapo i żandarmerią niemiecką – pisano w prasie podziemnej. – A rezultat? Bohaterzy wycofują się w bezpieczne miejsca, a tymczasem Gestapo i żandarmeria [...] morduje niewinną i spokojną ludność, której jedyną zbrodnią jest to, że mieszka w pobliżu dokonanego aktu sabotażu”.

Triumfalny początkowo marsz Niemców na wschód spowodował, iż Hitler nie krył już swych dalekosiężnych projektów budowy „Nowej Europy”. Generalny Plan Wschodni (Generalplan Ost), opracowany w otoczeniu Himmlera, przewidywał w ciągu kilkudziesięciu lat pełne zniemczenie zarówno ziem wcielonych do Rzeszy, jak i GG. Oznaczało to w praktyce eksterminację lub, w najlepszym razie, wysiedlenie 85 procent Polaków. Choć zamiary te nie wzbudziły entuzjazmu Franka – który mawiał, odnosząc to do swych polskich poddanych, iż „z krowy można uzyskać bądź mleko, bądź mięso, kiedy zaś chcę mieć mleko, muszę krowę utrzymać przy życiu” – nie odważył się im przeciwstawić. Od końca września 1942 roku na Zamojszczyźnie przystąpiono do realizacji eksperymentu kolonizacyjnego, polegającego na wywózkach dorosłej ludności polskiej i przymusowej germanizacji dzieci spełniających kryteria rasowe. Drugą fazę operacji – zasiedlanie przez Niemców uzyskanego w ten sposób Lebensraumu – przyhamowała skuteczna dywersja ze strony działających samodzielnie Batalionów Chłopskich oraz Armii Krajowej.

Tworzenie podstaw Tysiącletniej Rzeszy wymagało, wedle ideologów z SS, ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej (Endlösung). Akcję tę prowadzono głównie na ziemiach polskich. Na początku lipca 1941 roku doszło do symbolicznej zbrodni w Jedwabnem, gdzie grupa rdzennej polskiej ludności dokonała mordu na żydowskich współmieszkańcach. Abstrahując od ewentualnej niemieckiej inspiracji, należy przypomnieć kontekst wypadków. Wycofujący się w panice w pierwszych dniach wojny Sowieci dokonali w pasie przygranicznym masowego ludobójstwa około 50 tysięcy więźniów politycznych z tak zwanych warstw posiadających – Polaków, ale także Ukraińców, Litwinów czy Żydów. Hekatomba, którą Niemcy ujawnili dla celów propagandowych, była przerażająca w swym okrucieństwie: „w jednym z najodleglejszych korytarzy ujrzałem – zeznawał jeden ze świadków – na hakach typu rzeźniczego, rozkrzyżowaną nagą kobietę, a obok niej księdza nagiego, ale w koloratce. [...] Kobieta była w ciąży – jej płód był wyjęty i włożony do brzucha księdza, a do brzucha kobiety włożono kamień”. Ponieważ vox populi na Kresach współodpowiedzialnością za zbrodnie NKWD obarczał komunizujących Żydów, dawało to pożywkę do samorzutnych pogromów, których ofiarami padały zazwyczaj niewinne ofiary, arywiści bowiem pierwsi uciekali na wschód ze swymi mocodawcami.

Niemcy tymczasem działali systematycznie i bezpośrednio po ataku na ZSRS operacje na kresach rozpoczęły policyjne grupy operacyjne (Einsatzgruppen). Himmler uznał jednak ich wyniki (do stu tysięcy ofiar miesięcznie!) za niezadowalające i wiosną 1942 roku rozpoczęto wywózkę ludności żydowskiej do obozów zagłady (Birkenau – filia Auschwitz, Bełżec, Sobibór, Treblinka, Majdanek). Usytuowanie ich na ziemiach polskich wynikało zarówno z pobudek ekonomicznych (transport), jak i ze względów propagandowych, chodziło bowiem o ukrycie „Aktion Reinhard” przed międzynarodową opinią publiczną. Żydzi, jeśli nawet byli świadomi tego, co ich czeka, przyjmowali swój los z fatalizmem. Złożyły się na to zarówno iluzje na temat możliwości ułożenia się z Niemcami, jak i przekonanie o ich potędze oraz przeświadczenie o niemożności uzyskania zewnętrznej pomocy.

Poprzez system gett, a także drakońskie represje (za wszystkie formy pomocy Żydom, a zwłaszcza ich ukrywanie, groziła śmierć) władzom okupacyjnym udało się zerwać i tak dość luźne związki między ludnością żydowską a Polakami. Co prawda w GG działała nader zasłużona Rada Pomocy Żydom „Żegota”, którą kierował Julian Grobelny, z drugiej jednak strony dość pokaźna grupa tak zwanych szmalcowników uczyniła z szantażu i wydawania ukrywających się intratny proceder. Tępiła to z całą surowością konspiracja, z wyjątkiem skrajnych elementów związanych z prawicą obozu narodowego. Generalnie jednak Polska wyróżniała się na tle innych państw znajdujących się w orbicie III Rzeszy, gdzie eksterminacja Żydów odbywała się za przyzwoleniem miejscowych władz i przy o wiele czynniejszym współudziale ludności. W kwietniu 1943 roku w likwidowanym od niemal roku warszawskim getcie wybuchło powstanie, wzniecone przez nieliczny Żydowski Związek Wojskowy Dawida Apfelbauma i równie skąpą liczebnie Żydowską Organizację Bojową Mordechaja Anielewicza. Choć Niemcy za cenę niewielkich strat opanowali sytuację, straceńcza insurekcja nabrała symbolicznego znaczenia.

Globalne zliczenie ofiar Endlösung nie jest możliwe. Z grubsza można oszacować, że z około trzech i pół miliona obywateli polskich uznanych przez Niemców za Żydów wymordowano blisko 80 procent. Większość ocalonych przetrwała wojnę na terenie ZSRS. Wiadomości o Holokauście dostarczane przez Polaków Zachód przyjmował z podejrzliwym niedowierzaniem, zwłaszcza Stany Zjednoczone; prezydent Roosevelt nie uczynił niczego, aby powstrzymać Niemców, choć mógł na przykład zagrozić im łatwymi do zastosowania środkami odwetowymi.

Armia podziemna w latach 1941–1942 skupiała się na wysiłkach organizacyjnych i szkoleniowych. Taktyka „stania z bronią u nogi” okazała się słuszna, potencjał AK bowiem był nazbyt szczupły, aby Polacy na większą skalę mogli przeciwstawić się zbrojnie Niemcom. Wystąpienie takie przygotowywano jednak z myślą o dalszym biegu wojny, a zwłaszcza o jej finale. Przez pewien czas sztabowcy brytyjscy forsowali z inspiracji Churchilla, na podstawie doświadczeń pierwszej wojny światowej, najkorzystniejszy z punktu widzenia polskiego interesu tak zwany bałkański wariant strategiczny. Ekspedycyjne siły alianckie miały oto uderzyć z Grecji lub basenu adriatyckiego na północ, aby z pomocą pozyskanych politycznie dawnych węgierskich i rumuńskich sojuszników Hitlera dotrzeć do granic Polski, gdzie czekać na nie miała zmobilizowana i rozwinięta Armia Krajowa. Efektem miało stać się odcięcie całego Ostfrontu, ale też zablokowanie Armii Czerwonej możliwości marszu w głąb Europy. Koncepcja ta upadła, z oczywistych powodów zablokowana przez Stalina.

Pierwsze samodzielne studia nad planem ogólnonarodowego powstania podjęła jeszcze SZP na przełomie 1939 i 1940 roku. Na początku 1942 roku gen. Sikorski wydał dyrektywę nakazującą – w momencie wyraźnego załamywania się frontu wschodniego – wystąpić z bronią w ręku, rozbroić Niemców i zapewnić pracę czynnikom administracyjnym. W ten sposób zamierzano zabezpieczyć polityczne status quo na Kresach Wschodnich. Rowecki, trzeźwo analizując możliwe warianty sytuacji, zauważył, że w razie zwycięstwa ZSRS siły zbrojne w kraju należy pozostawić w konspiracji i ujawnić je tylko wówczas, gdy okaże się to potrzebne przy ostatecznej rozgrywce z najazdem rosyjskim. Z biegiem czasu zarówno w Londynie, jak i w Warszawie zaczęto poddawać się niebezpiecznemu złudzeniu, że ewentualny wysiłek powstańczy może okazać się ważnym czynnikiem militarnym, który uda się zdyskontować w rozgrywce z Kremlem. Dodać należy, że podjęcie przygotowań do „Burzy” (takim kryptonimem ostatecznie ochrzczono operację) ułatwiało utrzymanie w ryzach rwących się do walki młodych żołnierzy konspiracji i zarazem usprawiedliwiało taktykę ograniczonego angażowania sił armii podziemnej.

Nie oznacza to, iż AK nie podejmowała działań zbrojnych. Były one jednak surowo kontrolowane i limitowane, i starano się, tak jak na Zamojszczyźnie, odpowiadać jedynie kontrterrorem na terror okupanta, aby uniknąć przedwczesnej eskalacji przemocy. Jednocześnie, w celu rzeczywistego odciążenia Armii Czerwonej, na żądanie Brytyjczyków stworzono w sierpniu l941 roku wyspecjalizowaną organizację dywersyjną „Wachlarz”, która miała prowadzić sabotaże na szlakach niemieckich frontowych transportów kolejowych, działając przy tym po obu stronach granicy, co minimalizowało straty ludności polskiej podczas akcji odwetowych. Rozwiązano ją po kilku udanych operacjach wiosną 1943 roku.

Coraz sprawniej funkcjonujący aparat AK został poddany w połowie 1943 roku ciężkiej próbie. 30 czerwca, a więc na kilka dni przed katastrofą gibraltarską, w Warszawie aresztowano „Grota”. Niemcy potraktowali go jako potencjalnego cennego partnera i natychmiast przewieźli do Berlina. Gdy Rowecki nie dał się pozyskać do współpracy przeciwko ZSRS, osadzono go w obozie w Sachenhausen. Nieco wcześniej uwięziono Delegata Rządu, Jana Piekałkiewicza, którego na zajmowanym przez niego stanowisku zastąpił inż. Stanisław Jankowski. Te dwa ciosy zadane państwu podziemnemu wskazywały, iż Niemcy mieli wgląd w jego najtajniejsze struktury. W grę wchodzi zresztą inna możliwość – denuncjacja spowodowana przez sowiecką agenturę.

 

PRZED „BURZĄ”

 

Stalin realizował metodycznie swe polskie plany w trzech płaszczyznach: międzynarodowej, wojskowej i wewnętrznej. O ich końcowym powodzeniu decydowała siła natarcia Armii Czerwonej na froncie wschodnim, gdyż stanowisko mocarstw zachodnich w ostatecznym rachunku zależało od sytuacji strategicznej. Skuteczne podporządkowanie Polski wymagało przygotowania dostatecznie lojalnych wobec ZSRS kadr, które mogłyby nią w bliskiej przyszłości zarządzać. Ośrodkami ich formowania stały się zarówno ZPP, jak i PPR. Aktywność obydwu dawała ponadto stronie sowieckiej wyśmienity argument w rokowaniach z Amerykanami i Brytyjczykami, służąc zdezawuowaniu „rządu londyńskiego” (jak w oficjalnej propagandzie zaczęto nazywać władze RP) i przeciwstawieniu mu „prawdziwych polskich patriotów”. Było to istotne, albowiem zarówno Roosevelt, jak i Churchill musieli się w pewnym przynajmniej stopniu liczyć z własną opinią publiczną. Podział między Polakami umożliwił Stalinowi tuszowanie imperialnego charakteru planów sowieckich i pozwalał na przedstawienie interwencji Wielkiej Trójki w ich wewnętrzne sprawy nie jako dyktatu, ale jako rozsądnej mediacji w sporze zwaśnionych stron, służącej sprawie zwycięstwa.

Zadaniem ZPP było stworzenie nowej armii polskiej w ZSRS. Dowódcą powołanej w połowie maja 1943 roku 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (prace przygotowawcze nad jej organizacją rozpoczęto w kwietniu, czyli jeszcze przed zerwaniem stosunków dyplomatycznych z rządem Sikorskiego!) mianowano Berlinga, awansowanego na sowieckiego generała. Gdy Anders opuszczał „nieludzką ziemię”, on – łamiąc przysięgę wojskową – zdecydował się pozostać w Związku Sowieckim. Skłaniało go do tego zarówno szczere przekonanie, że pierwsza na tereny polskie wkroczy Armia Czerwona, jak i wielkie ambicje, a wreszcie powikłane powiązania z NKWD. Dywizji nadano zewnętrznie całkowicie narodowy charakter, poczynając od zaangażowania kapelana po podniosłe celebrowanie uroczystości religijnych i narodowych, łącznie z rocznicą zwycięstwa z 1920 roku. Gdy tylko osiągnęła elementarną gotowość bojową, rzucono ją w połowie października do walki pod Lenino. Natarcie 1. DP było zaplanowane przez sowieckich przełożonych tak, aby poniosła ona możliwie wysokie straty, poświadczając obficie krwią „polsko-sowieckie braterstwo broni”. W tym samym czasie trwały już prace przy organizacji korpusu, który w marcu 1944 roku przekształcono w armię. Żołnierzy do niej miano pozyskać po przekroczeniu granicy RP metodą poboru. Z brakiem oficerów (z Berlingiem pozostało ich zaledwie kilku) poradzono sobie z pomocą Armii Czerwonej; do wojska skierowano kadry pochodzenia polskiego, w różnym stopniu wynarodowione i zbolszewizowane, lub nawet Rosjan, Ukraińców czy Białorusinów. Niektórzy oficerowie sowieccy potrafili w ojczystym środowisku odnaleźć dawne korzenie i położyć w dziele tworzenia wojska autentyczne zasługi.

Mniej czytelna sytuacja istniała pod okupacją niemiecką. PPR za czasów Gomułki utraciła co prawda na jakiś czas kontakt z Moskwą, ale kierownictwo partii składało się z funkcjonariuszy na tyle doświadczonych, by nawet bez jej dyrektyw zastosować właściwą taktykę. Gdy próba wewnętrznej dezintegracji państwa podziemnego zakończyła się fiaskiem, albowiem żądanie komunistów pełnoprawnego udziału w jego strukturach – bez zadeklarowania z ich strony lojalności wobec najżywotniejszych interesów Polski – pozostawiono bez echa, w noc sylwestrową 1943 roku powołano Krajową Radę Narodową. Była to organizacja całkowicie fasadowa, dająca jednak tytuł do utworzenia nowej władzy po wojnie, oczywiście pod osłoną sowieckich bagnetów. Kierował nią cieszący się najwyższym zaufaniem Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) i NKWD wieloletni agent Kominternu, Bolesław Bierut, skierowany do Warszawy parę miesięcy wcześniej w celu roztoczenia ściślejszej kontroli nad przywódcami PPR. KRN objęła zwierzchnictwo nad partyzantką komunistyczną, czyli dawną Gwardią Ludową, która – celem podkreślenia jej szerszego, rzekomo ogólnonarodowego charakteru – przybrała nazwę Armii Ludowej. Dowództwo nad nią powierzono gen. Michałowi Żymierskiemu („Roli”), kiedyś wybijającemu się oficerowi Legionów, później łapownikowi, przeciwnikowi Piłsudskiego z maja 1926 roku i więźniowi, a na koniec agentowi sowieckiego wywiadu. Aby przedstawić podjęte na własną rękę inicjatywy, KRN delegowała wiosną 1944 roku swych przedstawicieli do Moskwy. Ich towarzysze musieli hamować tam zapały przybyszów z kraju, zdając sobie sprawę, że stosunki międzyalianckie wymagają pewnej powściągliwości i maskowania komunistycznego charakteru realizowanych celów politycznych.

Zbliżenie się frontu do obszarów, które na mocy decyzji Stalina miały pozostać przy Polsce, skłoniło sowieckiego przywódcę do kolejnego kroku. 21 lipca 1944 roku nakazał on powołanie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, mającego znamiona zwierzchniej władzy państwowej. Twór ten w większym stopniu niż KRN miał – dla celów propagandowych – charakter wielopartyjny: w rzeczywistości do najbardziej zaufanych działaczy dołączono kilku figurantów, nieznajdujących większego oparcia nawet w ugrupowaniach, których mienili się reprezentantami. Jednym z nich był powołany na przewodniczącego PKWN Edward Osóbka-Morawski, powiązany z Robotniczą Partią Polskich Socjalistów – niewielką frakcją lewicową. Powszechnie był uważany za osobnika bez wiedzy, bez zasług i bez specjalnych uzdolnień, wręcz półgłówka. Sam Stalin, mimo iż doceniał jego użyteczność, nazywał go jednocześnie „Oszybką” (ros. ‘błędem’). Osóbka-Morawski, podobnie jak Berling, wychodził z założenia, że za cenę lojalnego trzymania się sowieckiej orientacji uda się wywalczyć dla Polski minimum suwerenności.

Nazajutrz po oficjalnym ukonstytuowaniu się PKWN wydano programowy manifest. Zapowiadał on radykalne, możliwe do zaakceptowania pod szyldem lewicy przekształcenia społeczne, z reformą rolną na czele. Szkodliwa dla ekonomicznych interesów kraju, reforma ta była obmyślana tak, aby poprzez stworzenie możliwie największej liczby karłowatych gospodarstw pozyskać lub w najgorszym razie zneutralizować wieś. Komitet uzurpował sobie również prawo frymarczenia polskimi ziemiami wschodnimi w zamian za rewindykacje na zachodzie. Na tej podstawie zawarto „porozumienie” z ZSRS, rozstrzygające problemy terytorialne i organizacyjne; w rzeczywistości polegało ono na gorliwej akceptacji wszystkich żądań sowieckich, w tym uznania zwierzchnictwa administracji wojskowej Armii Czerwonej na zajmowanych terenach.

Śmierć Sikorskiego wywołała w polskim Londynie ciężki kryzys polityczny. Formalnie zażegnano go po kilku dniach: aby zapewnić ciągłość władzy, Raczkiewicz powołał Stanisława Mikołajczyka na stanowisko premiera i Kazimierza Sosnkowskiego na stanowisko Naczelnego Wodza. Nie był to dobry układ, obaj bowiem byli zwolennikami diametralnie odmiennej strategii. Przewyższający konkurenta pod względem intelektualnym Sosnkowski pełen był pesymizmu i sądził, że na decydującym etapie wojny o losie Polski przesądzą mocarstwa, nie oglądając się na jej starania i wysiłki. To skłaniało go do przekonania, że należy przede wszystkim oszczędzać tragicznie już wyniszczoną substancję biologiczną narodu. Mikołajczyk, uważający się za politycznego realistę, skłonny był tymczasem do daleko idących kompromisów z Moskwą. Doszło do tego, że publicznie deklarował wybór mniejszego zła, gdy zostanie postawiony przed alternatywą skomunizowania Polski lub „wyniszczenia całego narodu”. Podobnie jak wcześniej Sikorski, ulegał zwodniczym obietnicom Roosevelta, który podczas długo odwlekanego spotkania w czerwcu 1944 roku okłamywał go bez żenady. Prezydent zdecydowany był już w tym czasie oddać całą Europę Środkowo-Wschodnią pod jarzmo Stalina, jednak wzgląd na głosy Polonii, która mogła zadecydować o wyniku zbliżających się amerykańskich wyborów prezydenckich, skłaniał go do oszukiwania Polaków. Więcej i wbrew pozorom bardziej szczerze pragnął uczynić dla nich Churchill, rzecz jasna kierując się przy tym interesem brytyjskim. Nieszczęście polegało jednak na tym, że zmajoryzowany przez Roosevelta miał coraz mniejszy wpływ na decyzje koalicji.

Uwidoczniło się to na przełomie listopada i grudnia 1943 roku podczas pierwszej konferencji wszystkich trzech jej przywódców w Teheranie. Zgodnie z inicjatywą brytyjskiego premiera, który usiłował ratować przede wszystkim suwerenność Polski, uznając problemy graniczne za wtórne, postanowiono, że Rzeczpospolita powinna przesunąć się na zachód, podobnie jak żołnierz robiący dwa kroki w lewo przy formowaniu dwuszeregu. Stalin, który tym samym od ręki uzyskał akceptację swego podstawowego podówczas postulatu, przystał nawet na odstąpienie od deklarowanego uprzednio programu minimum, to jest linii Ribbentrop-Mołotow, udzielając wielkodusznie zgody na pozostawienie w granicach RP Białostocczyzny i na drobne korekty tak zwanej linii Curzona (jednego z projektów czasowej delimitacji podczas wojny polsko-bolszewickiej, przedstawionego przez ówczesnego brytyjskiego ministra spraw zagranicznych). Ceną za to okazała się wszelako część Prus Wschodnich z Królewcem, do której ZSRS, poza argumentem siły, nie miał praw ani historycznych, ani etnicznych. Wielka Trójka zaakceptowała też roboczo kolejną propozycję brytyjską – oparcia zachodniej granicy Polski na Odrze, z włączeniem w skład Rzeczypospolitej Opolszczyzny. Problem ludności zamieszkującej obszary będące przedmiotem przetargu rozwiązano zgodnie z wnioskiem Roosevelta (który w rzeczywistości był najdalszy od reklamowanych publicznie ideałów demokracji), zakładając jej masowe przesiedlenia. Nadzieja Churchilla, iż wstępne choćby rozwiązanie kwestii granic ułatwi kompromis w przedmiocie politycznego oblicza Polski, rozwiały się jednak natychmiast. Stalin, uzyskawszy potwierdzenie swych postulatów terytorialnych, uchylił się od dyskusji w sprawie przywrócenia stosunków dyplomatycznych z rządem RP, świadomy, że czas pracuje wyłącznie na jego korzyść.

Władze polskie uważały, że istotnym argumentem politycznym mogą stać się Polskie Siły Zbrojne, znacznie rozbudowane po ewakuacji armii Andersa. Wiosną 1944 roku pod jego dowództwem skierowano do Włoch 2. Korpus. Sosnkowski był zwolennikiem oszczędnego używania go w walkach, aby nie osłabiać przedwcześnie jednego z głównych atutów politycznych rządu polskiego, ale Anders nie podzielał w tym względzie poglądów Naczelnego Wodza, co wynikało zarówno z osobistych ambicji, jak i z całkowicie mylnej oceny sytuacji politycznej. W rezultacie w maju 1944 roku przyjął bez wahania sugestie Brytyjczyków i zaangażował wojsko w krwawy szturm pozycji niemieckich pod Monte Cassino. Co prawda za cenę ciężkich strat Polakom udało się je opanować, jednakże nastąpiło to dopiero po wycofaniu się przeciwnika zagrożonego oskrzydleniem przez Francuski Korpus Ekspedycyjny gen. Juina. Przeświadczenie, że wysiłek żołnierza będzie miał znaczenie propagandowe dla sprawy polskiej, okazało się więc iluzją. Lepiej w tym względzie przysłużył się jej gen. Stanisław Maczek, dowódca 1. Dywizji Pancernej, niewątpliwie najwybitniejszy wyższy oficer WP tej doby. Jednostka, która weszła do akcji po inwazji w Normandii w czerwcu 1944 roku, wsławiła się skutecznymi działaniami podczas bitwy pod Falaise, a następnie udziałem w kampanii w Belgii i Holandii. Nie wpłynęło to co prawda na decyzje polityków, ale pozostawiło dobrą pamięć wśród wyzwolonej ludności.

O ile rząd, który nie został zresztą poinformowany o wynikach dyskusji toczonych w Teheranie, trwał w inercji, do czego przyczyniały się w pewnym stopniu także wewnętrzne podziały wśród ministrów, o tyle kraj zajął wobec nadciągającego niebezpieczeństwa o wiele ofensywniejszą postawę. Powodami było zarówno bezpośrednie zagrożenie sowiecką inwazją, jak i narastająca aktywność PPR oraz związana z tym brutalizacja życia podziemnego. Powołanie KRN wymagało kontrakcji: już 9 stycznia 1944 roku proklamowano powstanie Rady Jedności Narodowej, opartej na sojuszu „grubej czwórki”. Ona również wydała swoją deklarację programową, która spóźniona przeszła wszakże bez większego echa. Było to także rezultatem jej ogólnikowości, wynikającej z „wzajemnego pilnowania lewicy i prawicy”. Władze podziemia zyskały jednak tym samym znacznie większy margines swobody w stosunku do rządu, co było pochodną zarówno słabszej pozycji Mikołajczyka, jak i przekonania, że o sprawach kraju powinien przede wszystkim decydować on sam. Znaczenie Jankowskiego, mianowanego tytularnym wicepremierem, zwiększał układ sił w Komendzie Głównej AK. Nowy jej zwierzchnik, gen. Tadeusz Komorowski „Bór”, mimo licznych przymiotów osobistych pozbawiony był charyzmy i cech przywódczych, jakie posiadał jego poprzednik, „Grot”.

Za ostateczny argument na rzecz suwerenności i integralności Polski uważano operację „Burza”. Sosnkowski kategorycznie zastrzegał wszakże, iż decyzja o powstaniu może zapaść jedynie w Londynie, albowiem tylko rząd jest w stanie właściwie ocenić globalną sytuację strategiczną. Rozpatrując wariant najgorszy – nową okupację sowiecką – zakładano, że opór przeciwko niej ograniczy się do „niezbędnych aktów samoobrony”, planując jednocześnie powołanie w takim wypadku nowej, jedynie szkieletowej organizacji konspiracyjnej.

Tymczasem Armia Krajowa do powstania w skali całego kraju przygotowana nie była. Za sprawą Brytyjczyków – którzy, kontrolując finanse, udzielali jej celowo nazbyt szczupłych środków, zgodnie z tezą, iż działa ona teraz w sowieckiej strefie operacyjnej – rozpaczliwie brakowało broni. Chociaż kosztem ogromnego wysiłku latem 1944 roku udało się wystawić 150 tysięcy w pierwszym i około 200 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy w drugim rzucie, to uzbrojenia starczało na wyekwipowanie najwyżej jednej siódmej zmobilizowanych. Mimo tych niedostatków już w 1943 roku nastąpiła znaczna aktywizacja działań AK. Wiązało się to z jednej strony z pogłębiającym się i widocznym kryzysem wojennym III Rzeszy, z drugiej zaś z zaostrzeniem sytuacji na Kresach Wschodnich. Przyczyniła się do tego niezbyt silna, ale ruchliwa i działająca bez skrupułów partyzantka sowiecka. Od czerwca 1943 roku jej terenowi dowódcy otrzymali rozkazy zwalczania wszystkimi środkami „oddziałów i grup nacjonalistycznych” na ziemiach białoruskich i litewskich. Strona polska zdołała jednak zachować zimną krew. W efekcie wzajemne starcia zbrojne nie przybrały charakteru powszechnego, Moskwa zaś nie uzyskała dowodów na poparcie kłamliwej, propagandowej tezy o współdziałaniu AK z Niemcami. Na Wileńszczyźnie polska partyzantka nie musiała hamować swych działań, gdyż obok Niemców przeciwnikiem okazały się tam kolaborujące z nimi nacjonalistyczne formacje litewskie. Sprawnie przeprowadzona zmasowana ofensywa AK doprowadziła w maju 1944 roku do ich pogromu, co oczyściło przedpole do podjęcia w sprzyjającym momencie działań przeciwko okupantom.

Znacznie bardziej skomplikowana sytuacja wytworzyła się na południowym wschodzie. Skrajny odłam Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów przystąpił już w 1943 roku do „depolonizacji” Małopolski Wschodniej, zwłaszcza zaś Wołynia. Dowódca liczącej do czterdziestu tysięcy ludzi podległej jej Ukraińskiej Armii Powstańczej (Ukrainska Powstanska Armia, UPA), gen. Roman Szuchewycz, uznany później za narodowego bohatera, „w związku z sukcesami bolszewików” nakazywał przyspieszenie „likwidacji Polaków”. Miało to polegać na czystkach etnicznych – paleniu polskich wsi i eksterminacji ludności na początek głównie na obszarach niejednorodnych narodowo. Chłodno skalkulowane okrucieństwo, obliczone na wywołanie paniki, nie znajdowało analogii nawet w działaniach NKWD czy SS. We wsi Władysławówka na Wołyniu „bojowcy UPA rozszarpywali ciała, odcinali kończyny [...] wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, język, piersi kobietom [...] Widziałem jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności, ciągnąc kiszki. Widziałem jak gwałcili kobiety, potem wbijali na kołki, jak stawiali żywe kobiety nogami do góry i siekierą rozcinali na dwie połowy”. Podobnych świadectw są tysiące. Łącznie ofiarą ukraińskiego ludobójczego terroru padło od 70 do 115 tysięcy Polaków (40 do 70 tysięcy na Wołyniu, 20 do 25 tysięcy w Małopolsce Wschodniej i 10 do 20 tysięcy na Chełmszczyźnie), bez różnicy płci i wieku, a trzy razy tyle zbiegło za San. W wyniku polskich działań odwetowych zginęło blisko dwa tysiące Ukraińców.

Reakcją na eksterminacyjne działania UPA było skupianie się ludności polskiej w ufortyfikowanych placówkach, organizacja samoobrony, a także – w ograniczonym zakresie – akcje represyjne. Podejmowali je również Niemcy, pragnący doprowadzić, zwłaszcza na Wołyniu, do względnej stabilizacji położenia. W operacjach tych uczestniczyły formacje porządkowe składające się między innymi z Polaków. Do konfliktu mieszali się również Sowieci. Podsycali wojnę domową w Małopolsce Wschodniej za pomocą różnorodnych prowokacji, dzięki którym udało się im podporządkować własnemu dowództwu część polskich grup samoobrony.

Wszelkie najbardziej nawet racjonalne próby kompromisu kończyły się fiaskiem. Listy pasterskie metropolity unickiego arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego pozostały bez echa, podobnie jak próba koncyliacji między dowództwami AK i UPA. Do porozumienia skłaniała świadomość, iż zagrożeniem dla niepodległego bytu obu narodów są Niemcy i Sowieci. O ile jednak Ukraińcy występowali przeciwko tym pierwszym w ograniczonym zakresie, o tyle z kolei Polacy, z uwagi na międzynarodowe reperkusje, nie mogli pozwolić sobie na podjęcie jawnych działań przeciwko bolszewikom.

Partyzantka akowska rozwijała się równie intensywnie w GG. Hamulcem były tu działania represyjne, za każdego bowiem zabitego Niemca rozstrzeliwano 50–100 zakładników. Doświadczył tego między innymi dowódca najsilniejszego wówczas zgrupowania leśnego, por. Jan Piwnik („Ponury”) cichociemny (zrzutek z Londynu), działający w Górach Świętokrzyskich. Prawdziwą Mekką konspiracji stała się Warszawa, w której rozwinęła się na szeroką skalę partyzantka miejska. W lutym 1944 roku żołnierze AK z batalionu „Parasol” zabili dowódcę SS i policji dystryktu warszawskiego, Franza Kutscherę. Była to najgłośniejsza jednostkowa akcja konspiracyjna. Przyznać trzeba zresztą, że terrorystyczne akty, kierowane przeciwko wyróżniającym się bestialstwem funkcjonariuszom, były najskuteczniejsze, gdyż wraz z ich nasilaniem Niemcom brakło odwagi na dalszą eskalację represji.

Wielkim osiągnięciem podziemia stało się dokonane przez gen. „Bora” scalenie Narodowych Sił Zbrojnych. Nastąpiło to formalnie w lutym 1944 roku. Zażegnano w ten sposób groźny dualizm, silna zaś (do 100 tysięcy żołnierzy) i mająca na swym koncie niemałe osiągnięcia w walce z okupantem organizacja wydatnie wzmocniła kadry AK. Decyzji tej przeciwstawiała się część polityków powiązanych dawniej z Obozem Narodowo-Radykalnym i w efekcie niektóre struktury NSZ nadal działały samodzielnie. Te właśnie zgrupowania – wychodząc z założenia, że Niemcy przegrały już wojnę – podjęły tak zwaną „likwidaturę agentur sowieckich”. AL nie pozostała w tej kwestii dłużna. Licząca do kilkunastu tysięcy ludzi, w znacznej mierze zbiegłych jeńców sowieckich, była formacją mało karną, dającą się za to we znaki miejscowej ludności. Wywołało to liczne konflikty także z AK. Komuniści często prowokowali je sami: oddział interwencyjny mjr. Bolesława Kowalskiego („Cienia”), podległy bezpośrednio „Roli”, miał na sumieniu co najmniej sto ofiar zamordowanych jedynie wiosną 1944 roku. W tym czasie strona sowiecka zaczęła hojniej zaopatrywać jednostki AL w broń, one zaś prowadziły na rzecz swych mocodawców sabotaże, dywersje, wreszcie działania wywiadowcze. Polski (z nazwy) Sztab Partyzancki, ulokowany za frontem i kierowany faktycznie przez sowieckiego agenta jeszcze z okresu przedwojennego, płk. Siergieja Pritickiego, zaczął nadto przerzucać na obszar GG liczne grupy rozpoznawcze, których zadaniem była infiltracja AK i aparatu Delegatury celem ich sparaliżowania. Dzięki pomocy terenowych ekspozytur AL i PPR akcja ta przyniosła niemal całkowity sukces.

Latem 1944 roku, gdy ziemie polskie znalazły się na bezpośrednim zapleczu frontu, dowództwo Wehrmachtu przystąpiło do zakrojonych na szeroką skalę działań przeciwpartyzanckich. Efektem tego było kilka znaczniejszych potyczek z oddziałami leśnymi. W odpieraniu wspólnego zagrożenia uczestniczyły pospołu jednostki wszystkich orientacji, także komuniści, którzy zawarli porozumienia o taktycznym współdziałaniu z AK. Ofiarą pacyfikacji padła między innymi jej 27. Dywizja dowodzona przez ppłk. Jana Wojciecha Kiwerskiego („Oliwę”). Uchodząc z Wołynia pod naciskiem Niemców, ostatecznie przebiła się z dużymi stratami do lasów szackich, gdzie udało się jej przetrwać przejście frontu. Sowieccy sojusznicy, z którymi kilkakrotnie nawiązywała bojową współpracę, rozbroili wówczas ocalałych partyzantów, wcielając ich przymusowo do armii Berlinga.

 

KLĘSKA

 

Na początku lipca 1944 roku gen. Sosnkowski zezwolił na podjęcie walki o Wilno i Lwów. Działania zmobilizowanych garnizonów AK przyspieszyły, za cenę ciężkich ofiar, zajęcie obu miast przez Armię Czerwoną. Wówczas rozpoczął się dramat. Dowódcy obu ugrupowań, płk Aleksander Krzyżanowski („Wilk”) i płk Władysław Filipkowski („Janka”), zostali wraz z oficerami internowani, a żołnierze, którzy odmówili podjęcia służby w armii Berlinga, deportowani. Represje w obu wypadkach były poprzedzone rokowaniami. Stalinowi niezmiernie zależało na pozyskaniu, nawet za wysoką cenę, któregoś z prominentnych dowódców AK, dałoby mu to bowiem nie byle jaki atut propagandowy w stosunku do rządu Mikołajczyka. Scenariusz taki miał powtarzać się w miarę postępów armii sowieckiej na zachód, z tą wszakże różnicą, że Polacy wstrzymali operację „Burza”, a także przestali się ujawniać przed nowymi okupantami. NKWD i organy kontrwywiadu wojskowego SMIERSZ, znakomicie zorientowane w stosunkach panujących w GG i wspomagane przez formacje bezpieczeństwa i milicji podległe PKWN, przeprowadzały jednak aresztowania osób niewygodnych dla komunistów. Do zakończenia wojny wyeliminowano w ten sposób około 50 tysięcy członków AK.

Połowa 1944 roku, mimo powołania przez Moskwę fasadowego rządu polskiego, przyniosła w polityce Stalina pewien impas. Do jej realizacji potrzebował on bowiem wciąż przyzwolenia aliantów, ci zaś musieli liczyć się z istnieniem legalnego rządu RP. Kompromis wydawał się zatem pożądany. Mikołajczyk, licząc na poparcie Brytyjczyków, którzy go doń usilnie zachęcali, żywił nadzieje, iż uda mu się osiągnąć lepsze warunki, jeśli w Warszawie wybuchnie powstanie zakończone spektakularnym zwycięstwem. Miało to poniekąd związać ręce Sowietom, albowiem nie spodziewano się, by zdobyli się oni na powtórzenie w sercu Polski gwałtów, jakich dokonali w Wilnie i we Lwowie. Do podjęcia walki skłaniała również obawa przed komunistyczną prowokacją, a także bojowy animusz stołecznego garnizonu AK dowodzonego przez płk. Antoniego Chruściela („Montera”), pobudzony widocznym rozkładem administracji niemieckiej.

Warszawski Korpus AK składał się formalnie z trzech dywizji piechoty: 28. im. Stefana Okrzei (ppłk Edward Pfeiffer, „Radwan”) stanowiącej obsadę Śródmieścia, 10. im. Macieja Rataja (ppłk Józef Rokicki, „Karol”) – załogi Mokotowa, i 8. im. Romualda Traugutta (ppłk Mieczysław Niedzielski, „Żywiciel”) – garnizonu Żoliborza. Teoretycznie liczył do czterdziestu, a nawet pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy, jednak w związku z podjętymi wcześniej działaniami część broni wiosną i latem wyekspediowano z Warszawy celem doposażenie jednostek AK na wschodzie i w rezultacie można było odpowiednio uzbroić co najwyżej około 5 procent kadry. Wedle stanu na 1 sierpnia 1944 roku dysponowano 192 ciężkimi, lekkimi i ręcznymi karabinami maszynowymi, 657 pistoletami maszynowymi, 2629 karabinami i 3846 pistoletami. Należy mieć na uwadze, że część tej broni nie dotarła do oddziałów, albowiem jej składy znajdowały się na terenie zajętym przez Niemców bądź nie udało się jej rozkonspirować. A zatem były to siły zdolne do przebojowej akcji, ale za słabe, by podjąć regularną bitwę o Warszawę. Konsekwentnym tego przeciwnikiem pozostał gen. Sosnkowski, który ostrzegał, iż akcja zbrojna w najlepszym razie jedynie przyspieszy zamianę jednej okupacji na drugą. Mikołajczyk, udający się do Moskwy na rokowania ze Stalinem, zlekceważył jednak te przestrogi, przekazując swe prerogatywy w kwestii podjęcia ostatecznej decyzji Komendzie Głównej AK. Przemożny nacisk na „Bora” wywierali jego zastępcy: gen. Tadeusz Pełczyński („Grzegorz”) i płk Leopold Okulicki („Niedźwiadek”). Pierwszy był przed wojną szefem wywiadu wojskowego, drugi – oficerem zasłużonym w obronie Warszawy 1939 roku i w organizacji konspiracji na obszarze okupacji sowieckiej, a następnie, po pakcie Sikorski-Majski, także Armii Polskiej w ZSRS.

Rachuby polityczne wzięły ostatecznie górę nad kalkulacją wojskową. Rozkaz rozpoczęcia działań 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17:00 podjęto bez elementarnej analizy położenia, pod wrażeniem niesprawdzonej pogłoski o pojawieniu się sowieckich czołgów w okolicach prawobrzeżnej Warszawy. Ponieważ z bilansu sił wynikało, iż powstańcy mogą samodzielnie utrzymać się jedynie przez kilka dni, założono – bez żadnych ku temu przesłanek – że Stalin będzie zainteresowany udzieleniem pomocy walczącemu miastu. Zapomniano jednak, iż dla sowieckiego przywódcy stokroć ważniejsze od korzyści militarnych były zyski polityczne, a ich osiągnięciu sprzyjała właśnie biologiczna likwidacja Warszawy stanowiącej, jako centrum konspiracji, najistotniejszą przeszkodę w objęciu przez jego protegowanych władzy w całym kraju.

Wierny swej taktyce Stalin odesłał Mikołajczyka z Moskwy z niczym, zalecając mu uprzednio szukać porozumienia z „rządem polskim”, to jest z PKWN. Komuniści zaproponowali premierowi zachowanie teki, jednakże w warunkach, które zamieniłyby jego władzę w fikcję i nie pozwoliły mu na jakąkolwiek swobodę działania, żądając w zamian, by zaaprobował bezprawne porozumienie graniczne z ZSRS. Po wyjeździe Mikołajczyka z Moskwy strona sowiecka napiętnowała garstkę przestępców, którzy wszczęli awanturę warszawską w celu uchwycenia władzy. Tego rodzaju propaganda ułatwiła Sowietom sparaliżowanie prób pomocy dla powstania, podjętych – bez większego zresztą entuzjazmu – przez aliantów. Dowództwo sprzymierzonych sprzeciwiło się jednocześnie użyciu Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego. Jednostka ta, stworzona z myślą o wsparciu „Burzy”, została ostatecznie rzucona do walki i wykrwawiona we wrześniu pod Arnhem, podczas zakończonej klęską bitwy powietrznodesantowej o uchwycenie przyczółków na Renie.

Działania strony sowieckiej były znakomicie, skrajnie cynicznie skalkulowane. Szło o to, aby dać Niemcom czas i sposobność do całkowitego wyrżnięcia Warszawy, podtrzymując jednocześnie iluzje Polaków co do nadciągającej odsieczy. Niemcy, wbrew przewidywaniom, mając dobre rozeznanie w zamiarach AK, zareagowali na powstanie skutecznie i mocno. Himmler, pomimo przejściowych trudności, jakie przewidywał, oceniał je jako błogosławieństwo, albowiem w efekcie „Warszawa, stolica, głowa [centrum, PW], inteligencja tego byłego 16–17-milionowego narodu Polaków, który od 700 lat blokuje nam Wschód, będzie zniszczona”.

Siły niemieckie, liczące początkowo około 16 tysięcy ludzi – nienajlepiej wyszkolonych, ale za to w pełni uzbrojonych i mających niezawodne oparcie w licznych bunkrach i umocnionych stanowiskach – systematycznie wzmacniano, aż do osiągnięcia przez nie stanu blisko 40 tysięcy. Napływające do Warszawy jednostki nie dość że posiadały bogate doświadczenia bojowe, to jeszcze były wsparte najcięższą artylerią i moździerzami oraz czołgami i lotnictwem. W pierwszych dniach Niemcy działali ze skalkulowanym okrucieństwem, mordując bez wyboru zarówno jeńców, jak i ludność cywilną (użyto jej nadto w kilku wypadkach w charakterze żywej osłony nacierających oddziałów). Na pierwszy ogień poszła Wola, gdzie bestialsko pomordowano około 38 tysięcy osób.

Bardziej cywilizowanego charakteru walki nabrały 5 sierpnia, gdy ich dowództwo objął SS-Obergruppenführer i generał Waffen-SS Erich von dem Bach-Zelewski. Zgodnie z wytycznymi Himmlera miał on bezwzględnie przystąpić do zdławienia powstania, nie licząc się zupełnie z rodzajem zastosowanych środków. Von dem Bach, także na skutek rezonansu, jaki wywołało powstanie w świecie, postanowił jednak nadać bitwie regularny charakter; na jego rozkaz oddziały Wehrmachtu po przebiciu blokowanych przez powstańców ciągów komunikacyjnych, co pozwoliło na rozczłonkowanie i izolowanie ognisk powstańczego oporu, przystąpiły do ich kolejnego tłumienia. Nie zapobiegło to, choć ograniczyło ich skalę, dalszym zbrodniom wojennym w postaci dobijania rannych jeńców itp.

Po czasowym wstrzymaniu ofensywy Moskwa, aby dać wyraz rzekomej dobrej woli, zezwoliła we wrześniu 1. Frontowi Białoruskiemu marszałka Konstantina Rokossowskiego na zajęcie Pragi. Po umiejscowieniu vis-à-vis płonącej lewobrzeżnej Warszawy armii Berlinga dano mu do zrozumienia, że może na własną odpowiedzialność udzielić powstaniu pomocy. Mimo najszczerszych chęci polskich żołnierzy w praktyce okazało się to niemożliwe i przysporzyło jedynie 1. Armii poważnych strat. Rzecz w tym, iż desantowanym za Wisłę oddziałom nie udzielono dostatecznych środków wsparcia, znajdujących się w gestii wyższych dowódców sowieckich. Niepowodzenie przeprawy dało jednak przywódcom ZPP dobry pretekst, aby rychło pozbyć się Berlinga pod zarzutem nieudolności. W istocie szło o to, że generał zaczął nazbyt dociekliwie interesować się terrorystycznymi działaniami władz bezpieczeństwa, licząc, iż dostarczy mu to argumentów w walce o władzę.

Sosnkowski udał się w tym czasie do Włoch, zdecydowany nawet na demonstracyjne wycofanie 2. Korpusu z linii frontu, co zresztą wobec uległości, jaką wykazywał wobec aliantów Anders, nie miało szans powodzenia. W połowie września wydał dramatyczny rozkaz piętnujący obojętność świata wobec tragedii powstania. „Lud Warszawy, pozostawiony sam sobie i opuszczony na froncie wspólnego boju z Niemcami – oto tragiczna i potworna zagadka, której my Polacy odcyfrować nie umiemy na tle technicznej potęgi Sprzymierzonych u progu szóstego roku wojny. Nie umiemy dlatego, gdyż nie straciliśmy jeszcze wiary, że światem rządzą prawa moralne. [...] Nie umiemy, bo uwierzyć nie jesteśmy w stanie, że oportunizm ludzki w obliczu siły fizycznej mógłby posunąć się tak daleko, aby patrzeć obojętnie na agonię stolicy tego kraju, którego żołnierze tyle innych stolic własną piersią osłonili lub wyzwolili wysiłkiem własnego ramienia. [...] Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, ani na wyrazy uznania, nie na zapewnienia litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie prosi ona, niby ubogi krewny, lecz żąda środków walki, znając zobowiązania i umowy sojusznicze”. Jedynym efektem tego krzyku rozpaczy stała się dymisja, której Sosnkowskiemu, pod bezpośrednim naciskiem urażonych (!) Brytyjczyków, udzielił Raczkiewicz.

Po sześćdziesięciu trzech dniach walki gen. Komorowski, zdając sobie sprawę, iż wszelkie możliwości oporu zostały wyczerpane, nakazał kapitulację. Składanie broni przebiegało na szczęście w warunkach cywilizowanych, sojusznicy zachodni bowiem zagrozili zastosowaniem wobec Niemców represji, jeśli nie przyznają żołnierzom Armii Krajowej praw kombatanckich. Buntownicza stolica Polski miała zostać na rozkaz Hitlera wymazana z mapy. Po zakończeniu działań Niemcy systematycznie wyburzali w centrum miasta wszystkie ocalałe budynki. W trakcie akcji odwetowej wypalono 28 procent budynków. Zważywszy na straty poniesione w 1939 roku (9,5 procent), podczas likwidacji getta (15 procent) i w czasie samego powstania (25 procent) łącznie do stycznia 1945 roku zniszczeniu uległo blisko 80 procent zabudowy mieszkalnej miasta. Podczas pacyfikacji powstania, prowadzonej początkowo za pomocą ludobójczych metod, zginęło 17 tysięcy żołnierzy AK i około 105–110 tysięcy cywilnych mieszkańców miasta. Straty niemieckie wedle miarodajnego raportu von dem Bacha wyniosły 1570 oficerów, podoficerów i szeregowych zabitych oraz blisko 7500 rannych. Życiem za wybuch powstania zapłacił również gen. Rowecki, rozstrzelany na początku sierpnia być może dlatego, że odmówił podpisania apelu do swych podkomendnych o zaprzestanie beznadziejnej walki.

Warszawa (a właściwie już tylko jej ruiny i pogorzeliska), a w ślad za nią obszary centralnej oraz zachodniej Polski zostały zajęte przez wojska sowieckie podczas wielkiej ofensywy rozpoczętej w styczniu 1945 roku. Udział w niej miały również jednostki polskie. Ciężkie straty, jakie poniosły w tej kampanii, tym razem nie wynikały wszakże ze świadomego szafowania krwią Polaków, ale ze sposobu prowadzenia wojny przez dowództwo Armii Czerwonej. 1. Armia WP – na czele której po dymisji Berlinga stanął nieudolny oficer sowiecki, gen. Stanisław Popławski – sforsowała niemal z marszu silny pas umocnień tak zwanego Wału Pomorskiego i następnie wzięła udział w szturmowaniu Kołobrzegu. Frontalny atak na silnie ufortyfikowane miasto był co najmniej tak krwawy i tak wątpliwy z punktu widzenia sztuki wojennej, jak bitwa pod Monte Cassino. W ostatnich dniach wojny 2. Armia, działająca na południe od Berlina, doznała jeszcze cięższej klęski pod Budziszynem. Nastąpiło to z winy jej dowódcy, gen. Karola Świerczewskiego – podobnie jak Popławski Polaka z pochodzenia i kadrowego oficera sowieckiego. Jako pijący alkoholik w pewnej chwili utracił wszelką kontrolę nad przebiegiem bitwy, czego efektem stała się prawdziwa hekatomba podległych mu wojsk.

Klęska powstania warszawskiego oznaczała kres nadziei na powstrzymanie sowietyzacji Polski drogą inną niż polityczna. Od października PKWN, na skutek surowych upomnień Stalina, wzmógł terror zmierzający do ostatecznej likwidacji rozchwianych struktur państwa podziemnego, co się w znacznej mierze powiodło. W styczniu 1945 roku gen. Okulicki wydał rozkaz rozwiązujący Armię Krajową; na jej miejsce powstać miała tajna organizacja NIE (Niezawisłość), swego rodzaju rezerwuar kadr konspiracyjnych. O ile środowiska związane z AK przyjęły wydarzenia poprzedniej jesieni z rezygnacją, o tyle NSZ wzmogły działania. Po dołączeniu części kadr Narodowej Organizacji Wojskowej obie formacje osiągnęły łącznie 50 tysięcy ludzi. Niektóre zmobilizowane wówczas oddziały, w tym najliczniejsza Brygada Świętokrzyska, podążyły w ślad za wycofującymi się jednostkami niemieckimi na zachód, inne kontynuowały beznadziejną walkę w kraju.

Wkroczenie Sowietów, postrzegane naiwnie przez niektórych jako wyzwolenie, oraz rozbicie i w konsekwencji rozpad struktur państwa podziemnego i konspiracji wojskowej pogłębiały dezorientację społeczeństwa. „Żołdactwo zalało Polskę – donoszono do Londynu. – Pozbawiona aprowizacji masa ta objada i ogałaca Kraj z wszystkiego inwentarza żywego i zapasów”. Substancję mieszkaniową, urządzenia komunalne i zabytki niszczono bez powodu, za to konsekwentnie, zwłaszcza w miarę pojawiania się kolejnych jednostek drugiego i trzeciego rzutu. W ruiny obracano także i te miasta, których Niemcy w ogóle nie bronili. Gnieźnieńską katedrę, kolebkę i symbol państwowości polskiej, zrujnowano w pełni świadomie i w sposób zorganizowany kilka dni po „wyzwoleniu”, co dokumentuje odnaleziony ostatnio amatorski filmik. A zatem przejście Armii Czerwonej stanowiło niemal wszędzie prawdziwy kataklizm. Nie do pozazdroszczenia był los tych cywilów, którzy lekkomyślnie pozostali w swoich domostwach; grabieże, gwałty, a często też morderstwa były na porządku dziennym i dotykały wszystkich.

Komuniści dokładali starań, aby wzmóc społeczną dezorientację. Pod szacownymi szyldami PPS i SL zorganizowali partie kierowane przez działaczy o niewielkim ciężarze gatunkowym, za to całkowicie im powolnych. W rezultacie PKWN, który wkładał wiele wysiłku, by okazać swą sprawność na polu administracyjnym, stał się władzą jeśli nie akceptowaną, to w każdym razie tolerowaną. Na jej rzecz działał też naturalny pęd do powrotu do normalnego życia i odbudowy kraju. Powszechnie sądzono też, że z biegiem czasu nastąpi kompromis z Mikołajczykiem i jego zwolennikami, a w konsekwencji ich powrót. Wiarę w triumf dziejowej sprawiedliwości (choć w warunkach narzuconego sojuszu z ZSRS) budziły zapowiedziane wybory, co mogło być szokujące w kraju, w którym po raz ostatni w pełni demokratycznie przeprowadzono je przed siedemnastu laty.

Po fiasku sierpniowej misji polskiego premiera Churchill nie ustawał w wysiłkach, aby utrzymać go na stanowisku, a z drugiej strony by umożliwić podjęcie rozmów „ostatniej szansy” w Moskwie. Dzięki jego wybitnemu zaangażowaniu doszło do nich w październiku. Negocjacje nie powiodły się, gdyż Mikołajczyk spodziewał się, iż kolejne ustępstwa, jakich dokonał, zaspokoją Stalina. Sowiecki przywódca zażądał tymczasem w formie ultymatywnej faktycznej kapitulacji legalnych władz RP. W efekcie premier, zdecydowany konsekwentnie podążać obraną drogą nawet wobec zasadniczego oporu głównych sił politycznych, złożył 24 listopada dymisję. Osłabiło to jego pozycję w dalszych rokowaniach z Sowietami i tak zwanym rządem lubelskim, jak potocznie określano PKWN, gdyż prowadził je już jako osoba prywatna. Fakt ten stanowił ostateczne, niejako symboliczne zerwanie ciągłości legalnych władz RP, zgodne z intencjami komunistów, którzy od dawna i nieprzypadkowo stali na stanowisku uznania konstytucji marcowej za podstawę prawną przyszłego rządu. W Londynie Mikołajczyka zastąpił ściągnięty z kraju Tomasz Arciszewski, ikona PPS, bojowiec i towarzysz broni Piłsudskiego z 1905 roku. Nowy gabinet miał oparcie przede wszystkim w SN i PPS. Jako credo przyjął program non possumus, który na gruncie praktyki musiał sprowadzić się do protestacyjnych deklaracji.

W kraju tymczasem podjęto dalsze inicjatywy mające legitymizować zawłaszczoną władzę. 31 grudnia 1944 roku PKWN przekształcono w Rząd Tymczasowy, któremu nadal przewodził Osóbka-Morawski. Zyskał on dla swych działań faktyczną akceptację w uchwałach drugiej konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie w lutym 1945 roku. Roosevelt i Churchill przystali wówczas formalnie na wytyczony przez Stalina i posłusznie zaaprobowany przez PKWN kształt wschodnich granic Polski, odkładając wszakże ostateczne rozstrzygnięcie sprawy jej nabytków na zachodzie do konferencji pokojowej z Niemcami, aby w ten sposób pozostawić sobie kartę do ewentualnego przetargu. W kwestii władz państwowych ustalono, iż Rząd Tymczasowy zostanie rozszerzony z włączeniem przywódców demokratycznych z samej Polski i Polaków z zagranicy, co w praktyce miało oznaczać kooptację Mikołajczyka i kilku jego lojalnych współpracowników. Stalin pozostał jednak niewzruszony w kluczowej kwestii, która mogła być jeszcze przedmiotem gry, czyli kwestii trybu przeprowadzenia demokratycznych wyborów, odrzucając z dobrze odegranym oburzeniem wszelkie pomysły poddania ich międzynarodowej kontroli.

O całkowitej już kontroli ZSRS nad Polską świadczyło porwanie przez SMIERSZ na początku marca szesnastu czołowych przywódców podziemia z Jankowskim i gen. Okulickim na czele, zaproszonych na rzekome rokowania z dowództwem sowieckim. Nie zakłóciło to w niczym realizacji harmonogramu przyjętego na konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie, na której ustalono tryb powołania w Polsce „rządu koalicyjnego”. W czerwcu, na konferencję zorganizowaną w Moskwie pod egidą trzech mocarstw sojuszniczych, przybyli przedstawiciele Rządu Tymczasowego oraz Mikołajczyk w towarzystwie kilku nestorów polskiego życia politycznego, mylnie oceniających sytuację. Efektem spotkania stało się powołanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, nadal z Osóbką-Morawskim na czele. Mikołajczykowi przypadła w nim teka drugiego obok Gomułki wicepremiera. Notyfikowanie TRJN przez aliantów oznaczało zarazem cofnięcie uznania dla rządu Arciszewskiego. W ten sposób uczyniono zadość wymogom demokracji w duchu nieżyjącego już Roosevelta, przekreślając jednocześnie wszelkie dawne zobowiązania sojusznicze wobec władz RP.

O tym, jak Stalin wyobrażał sobie dalsze losy nowej Polski, świadczyła nieprzypadkowa koincydencja terminu obrad konferencji moskiewskiej i rozpoczęcia „procesu szesnastu”, który zakończył się wyrokami nie tylko dla sądzonych przywódców Polski Walczącej, ale faktycznie dla całego podziemia. Delegaturę i AK napiętnowano za akty antysowieckiego „terroru i dywersji”, a także za współpracę z Niemcami (!). Propagandowy charakter rozprawy dokumentowały orzeczone kary, niewspółmiernie niskie w odniesieniu do zarzucanych i rzekomo udowodnionych przestępstw i sowieckich obyczajów. Dwaj główni oskarżeni, Jankowski i Okulicki, przepadli na Łubiance, zaś większością pozostałych, po ich dość szybkim powrocie do kraju, zajęły się miejscowe władze bezpieczeństwa.

Polska poniosła w drugiej wojnie światowej klęskę. Stając do walki o suwerenność i integralność terytorialną, nie zdołała obronić ani jednej, ani drugiej. Obszar państwa skurczył się z blisko 390 tysięcy km² do ponad 312 tysięcy km², zaś ludność Polski zmalała z 35,3 milionów w roku 1939 do 23,9 milionów w lutym 1946 roku (w nowych granicach). Uszczerbek materialny szacuje się na 38 procent majątku narodowego, w tym w przemyśle i rolnictwie na 50 procent, co odpowiada wartości około 50 miliardów ówczesnych (!) dolarów.

Wedle oficjalnych, choć tylko szacunkowych obliczeń w wyniku działań wojennych z rąk Niemców zginęło 6440 tysięcy osób, zaś w wyniku terroru i eksterminacji – 5384 tysiące (więcej niż połowa to Żydzi). Jeśli wziąć pod uwagę, że ofiary sowieckie oblicza się na około 1500 tysięcy, łączna liczba poległych, zamordowanych i zmarłych obywateli polskich oscyluje w okolicy 7500 tysięcy, co stanowi ponad 21 procent populacji przedwojennej. Zdziesiątkowana, na skutek planowej działalności obu okupantów, została inteligencja: wskaźnik strat w grupie adwokatów sięga 58 procent, lekarzy – 47 procent, dentystów – ponad 50 procent (trzeba pamiętać, że wszystkie te trzy zawody były zdominowane przez Polaków pochodzenia żydowskiego, którzy mieli relatywnie małe szanse przeżycia), zaś pracowników nauki – 28 procent.

Strat nie da się ująć wyłącznie w ramach ekonomiki i demografii. O polskiej tożsamości narodowej w ciągu jej historii decydowało pięć bogato zróżnicowanych ośrodków: Warszawa, Poznań, Kraków, Lwów i Wilno. W wyniku wojny utracono dwa spośród nich, zaś trzeci został faktycznie starty z powierzchni ziemi. Tę bliznę trudno zasklepić aż do dziś.

 

organizatorzy:
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa NarodowegoNarodowe Centrum Kultury